Białoruskie Europejsckie Zrzeszenie Bialoruska Muzyczna Partyzantka Smieszny Lukaszenka
 
Strona Główna\ Przypadkowy prezydent
Ogranizacja: Statut, Czlonkostwo, dodatkowe Informacje
| PRZYPADKOWY PREZYDENT |

Paweł Szaramiet | Światłana Kalinkina


Przerzuty stalinowskiej despotii

Przedmowa

Grabie białoruskie albo jak człowiek z ulicy może zostać prezydentem państwa?

Prezydent z urny czyli jak zostać dyktatorem?

Gra w głupka albo Kto pomógł Alaksandrowi Łukaszence utrzymać władzę?

Liczymy teraz wszystkie rany albo dlaczego Łukaszenka walczy z dziennikarzami?
(dziennik więzienny Pawła Szaramieta)

Szwadrony śmierci albo czy istnieją ucywilizowani dyktatorzy?

... Pogaduszki w szeregu albo czy on jest zdrowy?



Przerzuty stalinowskiej despotii

Książka jest interesująca, łatwo się czyta, ale jest bardzo pesymistyczna. Na każdej stronie powtarza się pytanie: dlaczego? Dlaczego tak się stało, że z niewoli stalinowskiej – krwawej i nieludzkiej – naród białoruski dostał się do niewoli nowego pana. Znowu samowola i kłamstwo szaleją na znękanej cierpieniami ziemi białoruskiej, której naród warty jest pokoju, dobrobytu i pomyślności po wielowiekowych bezgranicznych mękach.

Wiadomo, że po przełomach historycznych nie zawsze biorą górę najszlachetniejsze czynniki. Było tak zawsze po rewolucjach i kontrrewolucjach. Ale problem tego środkowoeuropejskiego państwa polega na braku perspektyw na jakiekolwiek samooczyszczenie się w najbliższej przyszłości.

Wiadomo także, iż przerzuty nowotworu stalinowskiego zadały temu państwu większe straty, niż innym częściom sowieckiego imperium.

Co mnie szczególnie martwi, to znane do bólu zachowanie się elity szkoły sowieckiej, która w okamgnieniu zapomniała nauczkę niedawnej przeszłości i gotowa jest nie tylko do służenia, ale i do przysługiwania. Wszystko to wydaje się być logiczne. Bezkarność w przeszłości powoduje bezkarność w teraźniejszości.

Nie uważam więc za trafny tytuł książki Przypadkowy prezydent. Nie ma tu nic przypadkowego. Rządca Białorusi jest dzieckiem systemu sowieckiego.

Aleksander N. Jakowlew,
członek Rosyjskiej Akademii Nauk
Przedmowa

Znany jest fakt, że jeśli historia się powtarza, to zwykle w formie farsy. Tylko w tym wypadku to wcale nie jest śmieszne. ZSRR wieku XX w ZSRR był Stalin, wytrwano jego rządy: przyznano się i zapomniano. Otóż w końcu tego samego stulecia, na tym samym terytorium pojawia się osoba, którą nazywają ostatnim dyktatorem Europy. Ironia, polega na tym, że ojczyzną ostatniego dyktatora Europy jest kraj, tradycyjnie uważany za pokojowy i przyjazny. Państwo, gdzie nie było i nie mogło być konfliktów narodowościowych. Państwo, które nie ma sprężyn geopolitycznych, wpływających na świat zewnętrzny. Wreszcie państwo, którego elity nie mały tradycji władzy absolutnej.

Alaksander Łukaszenka został wybrany na prezydenta Białorusi w wyniku wyborów demokratycznych w państwie z demokratyczną Konstytucją. Jak to się stało? Kto mu pomagał a kto przeszkadzał? Jak się staje dyktatorem i czy istnieje ucywilizowana dyktatura? W książce tej staraliśmy się znaleźć odpowiedzi na te pytania. Nie ma tu żadnego faktu zmyślonego. Każdy wyraz potwierdzono dokumentami lub wypowiedziami świadków. Z założenia nie opowiadaliśmy o głośnych wydarzeniach z życia i działalności pierwszego białoruskiego prezydenta. Przytoczono tylko te, które mogą pomóc w rozumieniu istoty tego człowieka, w pojmowaniu logiki jego działań.

Grabie białoruskie
albo
jak człowiek z ulicy może zostać prezydentem państwa?

Alaksander Łukaszenka jest dzieckiem rozruchów, skutkiem wstrząsów społeczno-politycznych. To chłopak ze wsi z prościutkim życiorysem. Pieriestrojka Gorbaczowa z wezwaniami do demokracji, inicjatywy nizin społecznych, twórczość mas, wolność słowa oraz rozpad Związku Radzieckiego i pojawienie się nowych elit narodowych – to wszystko dawało szansę Łukaszence. Zresztą, szansę taką samą, jak milionom innych. Ponadto ci inni mieli możliwości lepsze i pewniejsze. W roku 1994, kiedy w Białorusi odbyły się pierwsze wybory prezydenckie, ciężko było wyobrazić sobie, kiedy i z jakich brudów fala polityczna wyniosła na powierzchnię osobę o nazwisku Łukaszenka.

Nie powstał bez przyczyny żart o tym, że Alaksander Łukaszenka w żadnym miejscu nie pracuje więcej niż dwa lata. Nawet jeśli zostanie prezydentem – to na krótko. Jego chęć do zmiany miejsc zatrudnienia potwierdza także oficjalna biografia:

urodził się 30 sierpnia 1954 roku.

W latach 1971 – 1975 studiował na Wydziale Historycznym Mohylewskiego Instytutu Pedagogicznego na specjalizacji “nauczyciel historii i wiedzy o społeczeństwie”. Pracował jako nauczyciel, był sekretarzem komitetu komsomołu szkoły w Szkłowie;

1975 – powołany do służby wojskowej, do wojsk pogranicznych;

1975 – 1977 – instruktor politoddziału jednostki wojskowej 2187 Zachodniego obwodu pogranicznego (Brześć);

1977 – 1978 – sekretarz komitetu komsomołu miejskiej organizacji do spraw wyżywienia (gorpiszczetorg), instruktor Rejonu Październikowego (oktiabrskogo) rejonowego komitetu wykonawczego Mohylewa;

1978 – 1980 – upoważniony sekretarz rejonowej organizacji stowarzyszenia Wiedza (Znanije) w Szkłowie;

1980 – 1982 – zastępca dowódcy kompanii czołgowej jednostki wojskowej 04104 do spraw politycznych (Obwód Mohylewski);

1982 – 1983 – zastępca przewodniczącego (priedsiedatela) kołchozu Udarnik (Przodownik pracy);

1983 – 1985 – zastępca dyrektora Szkłowskiego Kombinatu Materiałów Budowlanych;

1985 – 1987 – sekretarz partyjnego komitetu (partkom) kołchozu im. Lenina w Rejonie Szkłowskim;

1987 – 1994 – dyrektor sowchozu Gorodiec Rejonu Szkłowskiego;

od roku 1994 do dnia dzisiejszego jest prezydentem Republiki Białoruś.

Żonaty z Haliną Łukaszenką (nazwisko panieńskie – Żełnierowicz). Ma dwóch synów.

Co do mojego dzieciństwa – opowiadał białoruski prezydent w jednym z wywiadów – urodziłem się na wsi, byłem drugim dzieckiem. Pierwsze zmarło mając dwa lata – była to ogromna tragedia. Później rozeszły się drogi moich rodziców. Ojca nie pamiętam, matka wychowywała mnie sama. Lata pięćdziesiąte to okres strasznej biedy, trudne czasy. Pamiętam, jaka była walka na wsi. Przetrwał silniejszy, czyli ten, kto miał w rodzinie zdrowych mężów, ojców – tym było łatwiej. Było to ciężkie życie, ale nie żałuję, bo wiele mnie nauczyło. Zdążyłem nawet ukończyć szkołę muzyczną, gram na bajanie (rodzaj akordeonu - przyp. tłum.). Śpiewałem nieźle, pisałem wiersze. Byłem po prostu pierwszym facetem na wsi, jeśli były jakieś imprezy, wesela – żadne beze mnie nie mogło się obejść... Dostałem się na Wydział Historyczny, który ukończyłem z wyróżnieniem, później był Wydział Historyczny naszej Akademii, zostałem ekonomistą. Bardzo chciałem pracować na wsi, robić dla ludzi coś dobrego...

Ta sprawdzona przeredagowana wersja przeznaczona jest dla publiczności. Później jednak i tak uległa zmianom. Alaksander Łukaszenka nie będzie więcej wspominał o tym, że był drugim dzieckiem. On jako drugi? Pierwszy i tylko pierwszy! Pierwsze dziecko, pierwszy facet na wsi, pierwszy prezydent... Jeśli Łukaszenka gra w hokeja to jako numer jeden, gdy uczestniczy w wyścigach łyżwiarskich – jego zespół niezmiennie zostaje pierwszym. On szczerze się cieszy, że wyprzedził mistrzów. A to, że oni dręczą się w oczekiwaniu, kiedyż to prezydent ich dogoni i wyprzedzi, to domysły dziennikarzy, którzy zresztą wygrzebali, że prezydent białoruski chorobliwie dąży do pierwszeństwa...

...Oficjalni biografowie wycofali także kolejny epizod z życia prezydenta – skandaliczną historię, związaną ze sprawą kryminalną. Sprawę nr 147 otworzył Oddział Rejonowy MSW w Szkłowie na podstawie zgłoszenia się do milicji mechanizatora sowchozu Gorodiec Uładzimira Bandurkowa. Twierdził on, że 22 października 1989 r. dyrektor sowchozu Alaksander Łukaszenka pobił go. Według słów ofiary, Łukaszenka przyjechał do jego wsi Kryviel i rozpoczął kłótnię. [...] Później uderzył go w twarz. Tamten upadł. Łukaszenka bił leżącego. Kiedy zacząłem się podnosić, kopał mnie w nogi– wypowiedział się w zeznaniu Bandurkou.

Zeznania traktorzysty zostały potwierdzone przez trzech świadków. Pewien obywatel Padolski, jeden ze świadków, wyjaśnił śledczemu co następuje: 22 października... pomagał mi Bandurkoŭ. Po pracy wypiliśmy dwie butelki wina “Agdam” i siedzieliśmy na ławce. Kiedy już się ściemniało, podjechał do nas ciężarówką Łukaszenka A. R. i zaczął nas łajać. Następnie uderzył Bandurkowa pięścią w twarz, a gdy tamten upadł i próbował się podnieść, kopnął go w nogę.

Po kilku dniach do szkłowskiego ROSW (Rejonowego Oddziału do Spraw Wewnętrznych) złożono kolejne zgłoszenie – mechanizatora Iwana Bakunowa - w którym prosił on o znalezienie sposóbu na dyrektora. Był jednak rok 1990 – rozkwit pierestrojki i wolności słowa. Łukaszenka poszedł więc na całego. Wraz ze swoimi sojusznikami potrafił odwrócić sytuację na swoją korzyść. Patrzcie, drodzy państwo - agitowali jego zwolennicy - jak przeszkadza niezależnemu kandydatowi lokalna mafia. Tak więc Alaksander Łukaszenka bez większych trudności otrzymał mandat ludowego deputowanego Rady Najwyższej BSRR (Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej).

A co ze sprawą kryminalną? Została najzwyczajniej umorzona, do tego na takiej podstawie, że dzisiejsza Białoruś nawet o tym nie śniła. Termin śledztwa odnośnie danej sprawy kryminalnej przez prokuraturę Obwodu Mohylewskigo nie został przedłużony. Podstawą do tego był brak zgody gminnej rady na pociągnięcie Łukaszenki do opowiedzialności karnej. Powyższa decyzja nie była również odwołana przez Radę rejonową.

Biorąc pod uwagę powyższe, a także fakt, że termin śledztwa w danej sprawie kryminalnej upłynął, pociągnięcie zaś Łukaszenki A. R. do odpowiedzialności karnej bez zgody Rady Najwyższej BSRR nie jest możliwe, kierując się art. 5 Kodeksu Karnego BSRR, sąd postanowił: sprawę kryminalną odnośnie faktu nadużycia władzy umorzyć.

Czy zostało dokonane przez Alaksandra Łukaszenkę przestępstwo czy nie, czy został mechanizator przez niego pobity czy nie, została złamana traktorzyście noga czy nie, czy rzucano na Łukaszenkę oszczerstwa czy mówiono prawdę - to wszystko już nie miało żadnego prawnego znaczenia. Sprawa została umorzona, a za jakiś czas zakończył również swoje istnienie Związek Sowiecki. W nowopowstałym na światowej mapie państwie Alaksander Łukaszenka nie był już podejrzanym o rękoczyny dyrektorem, tylko przewodniczącym Komisji Czasowej Parlamentu do Walki z Korupcją. Pierwszym, który dostał od Łukaszenki etykietę “korupcjonisty”, został... kierownik Szkłowskiego Oddziału MSW Anatol Jakimcoŭ. Deputowany Łukaszenka przy każdej okazji przypominał podpułkownika Jakimcowa, oskarżając go o samowolne zagarnięcie działki na budowę daczy, a również o to, że kierownik milicji przymuszał “parobków” – więźniów lokalnej komendantury do pracy na tej działce. Trzykrotnie pod presją deputowanego, śledczy wytaczali różne sprawy kryminalne Jakimcowowi, trzykrotnie także umarzano je z braku dowodów.

W Radzie Najwyższej deputowany ze Szkłowa wyróżniał się wzmożoną aktywnością. Ponieważ do prorządowych frakcji wstęp Łukaszence był wzbroniony, starał się on dołączyć do Białoruskiego Frontu Ludowego; niestety jednak wszystkie stanowiska rządzące we frakcji BFL (BNF) były zajęte. Ale Łukaszenka chciał rządzić. Biegał zatem pomiędzy komunistami a demokratami. Wszedł do składu komisji zajmującej się opracowaniem białoruskiej Konstytucji, zwykle jednak pojawiał się pod koniec dnia ze słoikiem bimbru i ściągał kolegów-deputowanych “na odpoczynek”.

W wywiadach lubi opowiadać, jakoby jedynie on zagłosował przeciwko ratyfikacji porozumień białowieskich; lecz jest to, delikatnie mówiąc, nieprawdą. Tak naprawdę wspólnie z kilkoma innymi deputowanymi na wszelki wypadek uchylił się od głosowania, jednocześnie osobiście wziął udział w uroczystej procedurze wniesienia do sali posiedzeń parlamentu symbolu suwerennej Białorusi – biało-czerwono-białej flagi. Tej samej, którą za cztery lata unieważni. Długo stał przed mikrofonem, domagając się przemowy w każdej kwestii.

W początkowym okresie postsowieckim Białoruś była wzorcem dwójwładzy. Dźwignie realnego kierowania znajdowały się u premiera Wiaczasława Kiebicza, władzę formalną miał przewodniczący Rady Naczelnej Stanisłaŭ Szuszkiewicz. Obaj gorliwie śledzili się nawzajem. Kiebicz czuł się swojsko wśród korpusu dyrekcji i grona nomenklaturowego, Szuszkiewicz był popierany przez inteligencję i Zachód. Rzecz jasna, że w tej rywalizacji ktoś musiał ustąpić. Przypomniano sobie wówczas o Łukaszence: czy nie powierzyć temu krzykaczowi komisji do badań nad korupcją na wyższych szczeblach władzy...

Ktoś z otoczenia Kiebicza podrzucił Łukaszence dokumenty świadczące o tym, że Stanisłaŭ Szuszkiewicz wykorzystał stanowisko służbowe i przywłaszczył materiały budowlane do swojej daczy. Szuszkiewicz natomiast, który zbudował skromną daczę własnoręcznie, obraził się i podał do dymisji. Zostało to przyjęte z wdzięcznością. Prasa później nazwała to “dymisją za skrzynię gwoździ”.

Mając swiadomość, że w Białorusi jedynie on pozostał u władzy, Kiebiczowi zachciało się więcej – zostać prezydentem. Praca nad nową konstytucją dającą taką możliwość znacznie się aktywizowała. Nie wziął jednak pod uwagę tego, że przemowy “naczelnego białoruskiego bojownika walczącego z korupcją” – osoby, która była marionetką w ich grze – trafiły akurat na dobrą glebę. Cały naród, którego poziom życia po rozpadzie Związku Sowieckiego nagle się pogorszył, domagał się ukarania winnych swoich nieszczęść. Właśnie Kiebicz był uosobieniem tej władzy. W Białorusi stara sowiecka nomenklatura zdołała utrzymać sytuację pod kontrolą podczas upadku sowieckiego imperium. Nie było tu ani demokratycznej rewolucji, ani nacjonalistycznego buntu. Pozostali urzędnicy nie dopuszczali do siebie nowych bałoruskich polityków pragnących władzy i pieniędzy. “Młodzież polityczna” wykorzystywała oburzenie narodu i Łukaszenkę w roli tarana, aby wziąć władzę w swoje ręce.

Pierwotnie tekst białoruskiej Konstytucji zawierał punkt, według którego prezydentem państwa może zostać osoba, która ukończyła czterdzieści lat. Łukaszenka w tamtej chwili miał “dopiero” 38 lat, czyli nie spełniał tego warunku. Wtedy to grupa deputowanych, tzw. “młodych wilków”, zrobiła awanturę w parlamencie, zmuszając do zezwolenia na wystawienie swojej kandydatury w wyborach prezydenckich osobom, które ukończyły 35 lat.

Łukaszenka był uwielbiany przez naród. Swój chłopak, z ludu, odważny, śmiało walczy z nomenklaturą. W jego wiecach przedwyborczych uczestniczyły tysiące ludzi. Mogł rozmawiać godzinami, na każdy temat, lubił, gdzie było to potrzebne, uronić łzę... Ludzi garnęli się do niego, starali się go dotknąć, podnosili dzieci. Przypominało to masową psychozę, której tajemnica była nadzwyczaj prosta: umiał rozmawiać z narodem w zrozumiałym dla niego języku. Kiedy Łukaszenka został oskarżony, podczas lotu delegacji deputowanych z Pekinu do Mińska, o kradzież walizki z rzeczami stewardessy, nie zmieszał się: Mówią, że w walizce była suszarka do włosów. To przecież kłamstwo! Po co mi suszarka, skoro jestem łysy. Walizka jednak też nie była jego ...

...Maj 1994 roku. Według danych Centrum Badań Przyszłości, w tamtej chwili najbardziej wpływowego niezależnego centrum socjologicznego, rozłożenie głosów wyglądało następująco: Kiebicz, jak i Łukaszenka – 19,7% głosów, Szuszkiewicz – 7,1%, przywódca Białoruskiego Frontu Ludowego Paźniak – 4%, przywódca komunistów Nowikau– 5,6%, przywódca agrariuszy Dubko – 1%.

23 czerwca, podczas pierwszej tury wyborów prezydenckich, sytuacja wyglądała już całkiem inaczej: Łukaszenka – 44,82%, Kiebicz – 17,53%, Paźniak – 12,82%. Inni kandydaci uzyskali mniej niż 10% głosów.

W rezultacie całkiem niespodziewanie dyrektor przeciętnego sowchozu z Mohylewszczyzny Alaksander Łukaszenka przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich razem z ostoją białoruskiej nomenklatury – Wiaczesławem Kiebiczem. Dla Łukaszenki znaczyło to zwycięstwo. Zwycięzca pojawiał się z dziennikarzami w eleganckim garniturze, najwyraźniej pożyczonym. Z wieloma dziennikarzami pism niezależnych witał się podaniem ręki, natomiast przedstawicieli mediów państwowych jakby nie zauważał. Mówił krótko, nigdy jednak nie marnował okazji do podeptania szczątków rządu Kiebicza:

- Wyniki pierwszej tury wyborów oceniam jako wotum nieufności wobec rządu i lokalnej władzy demokratycznej. Teraz cenzura prasowa zostanie zniesiona, jak również monopol państwa w mediach. Wzywam państwo do podjęcia decyzji, komu służycie - klice czy ludowi. Obiecuję, ze wojny domowej nie będzie. Kto będzie walczył przeciwko prezydentowi wybranemu przez ogół narodu? 70 kradnących urzędników? Przecież mają już spakowane walizki i bilety wykupione w stronę Himalajów. Najważniejsze teraz, aby wznowić pracę fabryk. Dyrektorzy już dostali informację: jeśli przed 1 stycznia 1995 r. produkcja nie zostanie wznowiona, wszyscy zostaną zwolnieni z pracy. Zamierzam zaprosić do siebie ministrów, będą odpowiedzialni za zaopatrzenie kampanii żniwnej w paliwo...

- Panie Prezydencie, kto stanie na czele Rady Ministrów?

- Problemów z kandydatami nie będzie. To przecież nie tak, jak dojarkę na farmę znaleźć. Dziękuję.

Łukaszenka się podniósł, po nim grupa wsparcia: Ciciankow – zarządca do spraw gospodarczych, Leanid Sinicyn – naczelnik sztabu wyborczego, Wiktor Szejman występujący w roli giermka...

...10 lipca 1994 roku. Druga tura wyborów. Na Łukaszenkę zagłosowało 80,35% wyborców.

Kiebicz padł. 12 lipca 1994 roku jego rząd przyjął oświadczenie: W związku z wybraniem Prezydenta Państwa Białoruś i zgodnie z obecnym ustawodawstwem trzeba było uznać za niezbędną dymisję Rady Ministrów. Na dużej sali Narodowego Centrum Prasowego, gdzie oczekiwano Łukaszenki na pierwszej oficalnej konferencji prasowej, ten pojawił się o drugiej po południu. Srogi. Surowy. Wygląda na to, że poczuł smak własnej roli. Teraz, po osiągnięciu wymarzonego celu, zawiadomił obecnych, że dosłownie do ostatniego dnia nie wyobrażał sobie całego ciężaru spadających na niego kłopotów. Magazyny są przepełnione ziarnem, chleba w sklepach może nie być, bo zakłady piekarskie nie mają pieniędzy – kryzys, klęska. Mam jutro rozmowę z Jelcynem, bez Rosji chyba nie damy rady. (Rozmowa naprawdę się odbyła, ale według mediów pomoc rosyjska była uzależniona od nietykalności osobistej Wiaczasława Kiebicza.)

[...] Prywatnemu biznesowi, który już się zmęczył walcząc z ekipą Kiebicza i pokładał nadzieję w Łukaszence, powiedziano: Nie będziecie u mnie wywalczać reform, licencji i funduszy. Zrobię tak, że jeśli będziecie mnie topić, to potoniecie sami. Już wtedy groził. [...]

[...] Dziwnie brzmiącego dla Białorusinów wyrazu inauguracja na początku nie potrafili wymówić ani spikerzy w telewizji, ani gospodarz uroczystości. Tym niemniej ceremonia się odbyła. Radość nie była jednak pełna. Nieprzyjemną niespodzianką okazała się niewielka ilość delegacji, które przyjechały pogratulować pierwszemu prezydentowi i ich względnie niski szczebel: dwóch przewodniczących parlamentu – z Polski i Litwy, trzech wicepremierów – z Rosji, Gruzji i Mołdowy. Nawet najbliżsi sąsiedzi – Łotysze i Ukraińcy – nie uważali tej okazji za zbyt znaczącą dla wyższej rangi przedstawicieli. Powitanie kierownictwa rosyjskiego wygłosił Aleksander Szochin, mówiąc ładnie, ale wymijająco i z aluzjami: Pakiet umów był dla nas niełatwym krokiem, więc niezbyt mądrze by było zatrzymywać się na rozdrożu. Określoność i jasność mają być osiągnięte w najbliższym czasie.

Łukaszence taka aluzja się nie spodobała. Nikt nie wie, o czym myślał po wydostaniu się z nizin na sam szczyt polityczny. Nie po to tak gorliwie rwał się do władzy, żeby się z kimś nią dzielić. Wieczorem odbyło się przyjęcie z okazji inauguracji. W Mińsku do dzisiaj opowiadają o nim legendy.

- Co to było – nowo-Białorusini z kołchozu? Zjeżdżano się jak na wiejskie wesele, mężczyźni w garniturach, krawatach i sandałkach... Po prostu galeria osobliwości...

Od tego czasu wiele osób w Białorusi wstydzi się opowieści o zachowaniu białoruskiej śmietanki politycznej, chociaż obecni działacze nabrali obycia, noszą drogie krawaty i marynarki. Ale kompleks niższości lub nieodpowiedniego poczucia własnej wartości nie da się ukryć za ładną agrafką. Myślcie więc jak chcecie i co chcecie...

Prezydent z urny
czyli
jak zostać dyktatorem?

Główną intrygą pierwszych dni rządów białoruskiego prezydenta stała się sprawa przydzielenia najwyższych stanowisk państwowych. Nie miał własnych fachowców, nie brakowało natomiast zawsze chętnych do pomocy młodych karierowiczów – od komsomolców do członków z RJN (Rosyjskiej Jedności Narodowej).

Leanid Sinicyn – budowniczy, kierownik zakładu budowlanego w Mohylewie. Jako deputowany nie wykazał się niczym szczególnym. Z Łukaszenką znalazł wspólny język jako ziomek. “Obaj nie jesteśmy stąd...”

Wiktar Szejman – wojskowy, politruk, przeżył Afganistan. Ostatnio pracował w garnizonie wojskowym w Obwodzie Brzeskim. Na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, kiedy zabierał głos w parlamencie. Szalenie bał się wystąpień publicznych. Zanim przyłączył się do Łukaszenki, był postacią cichą i niewidoczną.

Iwan Ciciankoŭ – pierwszy sekretarz Krasnopolskiego Komitetu Rejonowego partii w Obwodzie Mohylewskim. Jest gawędziarzem i żartownisiem. Z Łukaszenką znają się od dawna: “Z Saszą dużo wypiliśmy na wszelkiego rodzaju imprezach partyjnych”.

Dźmitry Bułachaŭ – śledczy prokuratury w Mohylewie. Jest przystojniakiem, ulubieńcem kobiet, karierowiczem. Aktywnie dążył do popularyzacji własnej osoby, lecz większość nomenklatury parlamentarnej uważała młodość za dość istotną wadę. Ze względu na to Bułachaŭ znalazł się wśród tak samo młodych i dążących do władzy.

Wiktar Hanczar – był nadzwyczaj ambitnym prawnikiem, najbardziej nietypową postacią w otoczeniu Łukaszenki. W odróżnieniu od innych to osoba inteligentna i dobrze wykształcona. Za to właśnie był nielubiany wśród kolegów-parlamentarzystów.

Ogólnie mówiąc, nie było u Łukaszenki dobrego zespołu polityków ze struktur politycznych. Miał natomiast wielu wykazujących się inicjatywą pracowników. Był również pod opieką służb specjalnych: pracował dla niego zastępca przewodniczącego KGB Walery Kiez wraz z podporządkowanymi mu oficerami, z własnej chęci przyszedł do niego podpułkownik KGB, wykładowca mińskiej szkoły KGB, który zrezygnował z wysokich stanowisk w rosyjskim systemie FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa) Urał Łatypow…

Z czasem te osoby zrezygnowały z pracy u prezydenta. Wytrwale trzyma z Łukaszenką tylko Wiktar Szejman, oskarżany przez opozycję o udział w zorganizowaniu morderstw politycznych, a także Urał Łatypow – osoba o tyle wieloplanowa, o ile niejednoznaczna. Ze skromnego stanowiska pomocnika prezydenta Łatypow potrafił dojść do stanowiska ministra spraw zagranicznych, wicepremiera, przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa, wreszcie kierownika Administracji prezydenta. Właśnie jego najczęściej mają na myśli mówiąc o przysłowiowej ręce Moskwy, kierującej niezrównoważonym liderem białoruskim. Uważa się Łatypowa za rezydenta wywiadu rosyjskiego.

Wróćmy do roku 1994: żadna z tych osób, które realnie pomogły deputowanemu z prowincji zostać prezydentem, nie chciała wysokich stanowisk. Czas pokazał, że wszystkich czekał ciężki los.

Stanowisko premiera zaproponowano przewodniczącemu zarządu Biełagroprombanku (Białoruskiego Banku Gospodarczo – Przemysłowego) Michaiłowi Czyhirowi. Dotychczas nigdy nie zauważono go w polityce. Kredyty Biełagroprombanku zaś, wydane niektórym firmom podczas wyborów, w dziwny sposób weszły w posiadanie Iwana Ciciankowa. Forsy nie było za dużo. Ciciankoŭ skrupulatnie przeliczał każdy banknot. Był chciwy. Tym niemniej nowa władza nie zapomniała o swoim dobroczyńcy.

Fachowy ekonomista i finansista, osoba dojrzała, doświadczona, pracował w najtrudniejszej dziedzinie – Banku Agroprzemysłowym. Państwo wiedzą, co to jest za bank: szczególnie tam nie narozrabiasz i rąk nie nagrzejesz – mówił Łukaszenka, prezentując premiera.

Wszystko się zmieniło w roku 1996, kiedy to Łukaszenka wymyślił przeprowadzenie referendum o zmianach Konstytucji oraz przedłużeniu własnych pełnomocnictw. Wtedy właśnie Czyhir na znak protestu podał się do dymisji. Przeciwko niemu wszczęto sprawę kryminalną. Spędził w więzieniu kilka miesięcy. Jego młodszego syna Alaksandra aresztowano i skazano na 8 lat pozbawienia wolności. Prześladowanie sądowe rodziny Michaiła Czyhira trwa do dziś. Z tego powodu starszy syn zmuszony był do opuszczenia państwa i przeniesienia się do Niemiec. Nikt teraz nawet nie wspomina, w jaki sposób Łukaszenka przekonywał naród o uczciwości Czyhira. Nie pamięta o tym nawet sam prezydent.

Na stanowisko wicepremiera ds. socjalnych mianowano Wiktara Hanczara. Jest utalentowany, mądry, niech Pan Bóg da mu jeszcze wytrwałości, absolutnie wart jest tego stanowiska, ponieważ nie zawsze byliśmy sprawiedliwi w stosunku do tej osoby – przekonywał Łukaszenka.

Wiktar Hanczar jednak zajmował to stanowisko tylko przez kilka miesięcy. Został jednym z najbardziej wyróżniających się reprezentantów opozycji białoruskiej, przy czym w odróżnieniu od innych dokumentował “przewinienia” prezydenta, celowo i metodycznie gromadząc materiał do impeachmentu. W roku 1999 Wiktar Hanczar został porwany. Według niezależnych źródeł zamordowali go członkowie tajnego oddziału związanego z wysoko postawionymi białoruskimi urzędnikami… Co miałam o nim mówić, jeżeli trzy razy był u mnie w chacie. Łukaszenka rozmawiał ze mną, mówił, że nie będzie nic droższego od Witka. Całował w twarz i po rękach – powiada nieszczęsna matka Wiktara Hanczara, wspominając gościnne przyjazdy białoruskiego prezydenta.

Michaił Miasnikowicz, “wielki reformator białoruskiej gospodarki”, przewodniczący sztabu wyborczego pokonanego kandydata Wiaczasława Kiebicza, również został mianowany na stanowisko premiera. Był to w wyższym stopniu uczynek mądry i sprawiedliwy. Niewielu teraz wątpi w to, że podczas wyborów Miasnikowicz służył dwóm panom.

Bez względu na publiczne obietnice, dane w KGB, zaatakować samego Miasnikowicza Łukaszenka się nie ważył. Ciosy zadawano najbliższym mu osobom: większość zwolniono z wyższych stanowisk albo aresztowano; z różnych powodów pozbawiono Miasnikowicza dotychczasowej kontroli sfery biznesu.

Były premier znosił wszelkie poniżenia. Przyczaił się. Kierował się chyba zasadą, że ten, kto zdradził jeden raz, na pewno zdradzi ponownie. Wielokrotnie w jego otoczeniu krążyły pogłoski o tym, że Miasnikowicz w krótkim czasie stanie na czele “frondy nomenklatury”. Jednak to się nie sprawdziło. Miasnikowicz, “dobry działacz gospodarczy”, który zaczynał karierę w zakładzie pogrzebowym, pracował jako wicepremier, później niby szyderczo został mianowany na stanowisko przewodniczącego Narodowej Akademii Nauk.

W pierwszym rzędzie mianowano kluczowych ministrów: MSW, KGB, Ministra Bezpieczeństwa. Żaden nie utrzymał się dłużej. Jury Zacharanka, Minister Spraw Wewnętrznych, którego Łukaszenka określał jako “osobę uczciwą, przyzwoitą, młodą i zdolną”, tak samo jak i Wiktar Hanczar zniknął w bardzo dziwnych okolicznościach. Opozycja, niektórzy przedstawiciele prokuratury, KGB, osoby z otoczenia prezydenta wprost zarzucili Łukaszence współudział w zniknięciu tych osób. Śledztwo w tej sprawie zostało jednak wstrzymane. Prokuratura nie poszukuje więcej ani Zacharanki, ani Hanczara. Znikają tysiące osób, nic oburzającego w tym nie ma – odpiera prezydent wszystkie zarzuty.

Iwan Ciciankoŭ także na początku został mianowany na wysokie stanowisko kierownika spraw prezydenckich. Dobrze się napracował. W walce o stanowisko, które zapewnia wpływy na pierwszą osobę w państwie ktoś z tej grupy musiał ustąpić. Przez długi czas siły Szejmana i Ciciankowa były równe. Znali “wielką tajemnicę” o zamachu na kandydata na prezydenta Alaksandra Łukaszenkę, który później tłumaczył: Ryzykowali wraz ze mną własnym życiem, dlatego więc powierzam im najbardziej odpowiedzialne stanowiska. W roku 1999 Szejmanowi udało się jednak usunąć rywala ze stanowiska kierownika spraw prezydenckich. Teraz Ciciankow mieszka w Moskwie. Wyznaje, że wielokrotnie proponowano mu powrót do Mińska. Lecz wracać mu się nie śpieszy. Boi się.

Od razu po wyborach Leanid Sinicyn stanął na czele Administracji prezydenta Białorusi, później mianowano go na niższe stanowisko wicepremiera. W roku 1996 nastąpiła dymisja. W 2001 chciał kandydować w wyborach prezydenckich, jednak były przyjaciel “podciął” go już w stadium rejestracji. Miał szczęście, że chociaż uszedł z życiem.

Najbardziej obiecujący w otoczeniu Łukaszenki Dźmitry Bułachaŭ został również pierwszym poszkodowanym. Marzyło mu się stanowisko w Sądzie Konstytucyjnym, Łukaszenka zaś zagrał “dobrego wujaszka”. Kandydaturę Bułachowa przedstawiono parlamentu, ale deputowani go nie wsparli, ponieważ prezydent szczególnie się przy tym nie upierał. Sorry, Dzima – powiedział Łukaszenka – zrobiłem wszystko, co potrafiłem. Analitycy długo poszukiwali ukrytego sensu owego “porzucenia”. Najprawdopodobniej nie było w tym żadnego podstępnego kombinowania, po prostu “pierwszy facet na wsi” nie zniósł rywala…

Postawmy wreszcie kropki nad “i” we wspomnianej już historii o “zamachu” na Łukaszenkę, który w pierwszym okresie kariery był decydujący w polityce kadrowej. Do dziś z dossier do dossier, z artykułu do artykułu wędruje tak bohaterski epizod życiorysu pierwszego białoruskiego prezydenta, odzwierciedlający napięcie walki, w której Łukaszenka doszedł do władzy. W rzeczywistości był to raczej chwyt reklamowy w celu przyciągnięcia do siebie jeszcze większej uwagi. Cytat z dokumentu:

Eksperymentem śledczym dokonanym dn. 17.06.94 przez starszego śledczego ds. szczególnej ważności śledczego oddziału KGB Republiki Białoruś W. Tarhonskiego z udziałem głównego eksperta NKC MSW RB, A. Samca ustalono, że ostrzał samochodu Mercedes, którym jechali deputowani A. Łukaszenka i inni, ze środka wyprzedzającego samochodu w przedstawionych przez świadków warunkach jest niemożliwy. Prokurator nadzorujący wykonanie ustawy o bezpieczeństwie narodowym, starszy doradca sprawiedliwości H. Miksiuk.

Zresztą Iwan Ciciankou już po dymisji stwierdzał, że w Lioznie z Łukaszenką w samochodzie byli we dwójkę. Przypuszczano, że Szejman znajdował się w samochodzie, z którego prowadzono ostrzał… Epizod ten przypominamy jedynie jako ostrzeżenie: Alaksander Łukaszenka dawno już opanował szeroki zasięg chwytów wyborczych i potrafi pokonać każdego przeciwnika.

Wróćmy jednak do otoczenia głowy państwa białoruskiego.

Wbrew oczekiwaniom Łukaszenka nie od razu zaczął przerzedzać kadrę, większość ministrów rządu Kiebicza pozostała na stanowiskach. Rzecz jednak w czymś innym: wkrótce wszyscy zrozumieli, że praca z prezydentem to niewdzięczne zadanie.

Pod pretekstem walki ze złodziejami i krętaczami w Białorusi zaczął się proces ekspropriacji własności: 52 prestiżowych kamienicy w centrum Mińska zostało odebranych właścicielom i oddano je Zarządowi ds. prezydenta. Wiele przedsiębiorstw przekształconych w spółki akcyjne znów otrzymało status państwowych… Pod kontrolą nowego reżimu znalazły się banki i środki masowego przekazu: w bankach został przeliczony kapitał w ten sposób, aby kontrolny pakiet akcji znalazł się w rękach państwa, a w mass mediach zmieniono prawie wszystkich redaktorów naczelnych.

Pod pewnym względem pomogło Łukaszence to, że nie znał reguł gry i nie chciał ich znać. Dla niego już wtedy nie istniały prawa: ani jurydyczne, ani ekonomiczne. Tak na przykład, kiedy przyszło Łukaszence do głowy, że ceny w sklepach są za wysokie, rząd otrzymał rozkaz: “Cofnąć ceny!”. Hasło to narodowi rzecz jasna się spodobało, lecz wkrótce ze sklepów zniknęło wiele artykułów spożywczych. Wielogodzinnych kolejek za serem lub masłem w 1996 roku ludzie nie zapomnieli. Wtedy to rząd zaczął rozwiązywać problem spożywczy, prezydent zaś kontaktować się z narodem przez telewizję państwową. Wziąłem się za jajka – masło zniknęło, - martwił się prezydent. W następnym dniu to przemówienie cytowała już połowa Białorusi.

Samym wystąpieniem jednak nie da się najeść. Najpierw zbuntowali się pracownicy mińskiego metra. Ogłosili strajk, protestując w ten sposób przeciwko gwałtownemu obniżeniu zarobków, jak też zwlekaniu z wypłatą pieniędzy. 17 sierpnia 1995 roku po raz pierwszy pociągi w metrze nie wyszły na linię, jak również po raz pierwszy na całej postsowieckiej przestrzeni akcja niepolityczna została stłumiona z zastosowaniem siły, za pomocą wojsk wewnętrznych i oddziału specjalnego. Przewodniczący komitetu strajkowego zostali aresztowani, buntujących się przemieszczono z budynku metra do obozu filtracyjnego, inicjatorzy trafili do sądu, te osoby natomiast, które wzięły udział w strajku, zostały zwolnione z pracy. Wszystkie! Nie zatrzymał władzy nawet fakt, że kierować pociągami w mińskim metro po prostu nie było komu. Rolę łamistrajków podczas przyuczania się maszynistów podmiejskich pociągów elektrycznych przejęli maszyniści z Rosji.

W końcu 1995 roku prezydent Białorusi dojrzał do wielkich dokonań, o czym oświadczył w niemieckiej gazecie Handelsblat:

W swoim czasie Niemcy zostały podniesione z gruzów dzięki bardzo surowej władzy. Przecież nie tylko złe rzeczy są kojarzone ze znanym Adolfem Hitlerem. Przypomnijcie sobie jego władzę w Niemczech. Niemiecki porządek był kształtowany przez wieki. Za czasów Hitlera uformowanie to osiągnęło swego szczytu. To właśnie jest to, czemu odpowiada nasze rozumienie prezydenckiej republiki i roli prezydenta w niej. Podkreślam, że nie może być w jednej osobie wszystko białe lub wszystko czarne. Są przecież także aspekty pozytywne. Hitler stworzył potężne Niemcy dzięki silnej władzy prezydenta. Niemcy podniosły się dzięki silnej władzy, dzięki temu, że cała nacja skonsolidowała się i zjednoczyła się wokół lidera. Dzisiaj mamy właśnie taki okres czasu, kiedy potrzeba konsolidacji wokół jednej osoby lub grupy osób, aby przeżyć, przetrwać, stanąć na nogi. A więc w tym okresie podstawową, decydującą rolę będzie miała głowa państwa – prezydent…

Mówił Łukaszenka absolutnie poważnie, lecz w republice-partyzantce, gdzie w czasie wojny z hitlerowskimi Niemcami zginęła co czwarta osoba, przeciwko tak okropnemu oświadczeniu oburzyła się tylko garstka intelektualistów. Co na to pozostali? Uważali oni: no, zagadał się człowiek, nie pomyślał, chciał zrobić przyjemnie niemieckiemu dziennikarzowi i niemieckim czytelnikom.

Łukaszenka jednak mówił absolutnie serio.

Ile wszystkiego nabajdurzono, ile złamano oszczepów, ile rozdeptano losów i karier, ale do historii okres kierowania pierwszego białoruskiego prezydenta wejdzie jako czas bolesnego, przesadzonego, niecywilizowanego kształtowania się republiki prezydenckiej.

Już w końcu 1994 r. zaczęło się surowe starcie z parlamentem. Deputowani przyjęli Ustawę o Radzie Najwyższej – prezydent odmówił jej podpisania. Wtedy deputowani na przekór przyjęli Ustawę o konstytucyjnej większości głosów, t zn. bez względu na wolę prezydenta ustawa miała wejść w życie. Nie weszła. Ponadto Łukaszenka oznajmił zamiar przeprowadzenia republikańskiego referendum, żeby uzyskać od narodu prawo do rozwiązywania Rady Najwyższej oraz aprobatę integracji z Rosją, a oprócz tego wrócić do sowieckiej symboliki.

Jednak ówczesna i dzisiejsza Białoruś to są w istocie dwa różne kraje – wtedy referendum mógł ogłosić tylko parlament. Zaczęło się głosowanie. Władze wywierały presję, szantażowały deputowanych, lecz propozycji prezydenta nie podtrzymano: niezbędną większość głosów uzyskała tylko kwestia rosyjska.

Łukaszenka się wściekł. Oświadczył, że poniesie odpowiedzialność za przeprowadzenie referendum, a także, że gotów jest wziąć odpowiedzialność nawet za rozwiązanie parlamentu.

Na znak protestu podał się do dymisji wicepremier Wiktar Hanczar, prawnik z wykształcenia. Część opozycyjnych deputowanych natomiast ogłosiła głodówkę na sali obrad.

W noc z 11 na 12 kwietnia zaczął się maski-show z wykorzystaniem siły. Pod pretekstem informacji o tym, że służbę komendancką Domu rządowego zawiadomiono o zaminowaniu budynku, żołnierzom oddziałów specjalnych rozkazano “ewakuować” 19 głodujących deputowanych. Deputowanych pobito. Alaksandr Łukaszenka przyznał się, że rozkaz wydalienia deputowanych wydał osobiście i pilnował także, żeby nikogo nie tknięto palcem. Tym nie mniej śladów pobicia nie udało się ukryć. Deputowanych pobito, wyrzucono z sali, a całą operację filmowano. Taśmę zobaczyli kierownik administracji prezydenta - Sinicyn oraz premier Czyhir. Obydwóch zszokowało okrucieństwo funkcjonariuszy. Zwrócił na siebie uwagę ktoś bardzo znajomy, obserwujący wszystko z balkonu. Czyżby to był On? Zechcieli zrobić kopię, ale – oby dalej od grzechu – oddano ją Wiktarowi Szejmanowi, oddanemu giermkowi prezydenckiemu. Prokuratura jednak rozpoczęła postępowanie kryminalne. Później Jakau Broliszs, starszy sędzia śledczy prokuratury republikańskiej, któremu doręczono tę sprawę, opowiedział dziennikarzom:

-- Oczywiście, zwróciłem się do deputowanych, których wyrzucono lub – jak to określała druga strona – “ewakuowano”… Zbadaliśmy wszystkich, stwierdziliśmy występowanie obrażeń. Pracowaliśmy cały czas, ale nie potrafiliśmy znaleźć osób obecnych wtedy na sali i uczestniczących w wyrzuceniu deputowanych. Otrzymaliśmy jednak oficjalną informację, nie plotki, o uczestnictwie w tym wojsk wewnętrznych. Ówczesny głównodowodzący Aholec (później został ministrem spraw wewnętrznych) wszystko potwierdził oficjalnie. Przesłuchaliśmy ich. Oczywiście, zaprzeczali pobiciu kogokolwiek, twierdzili, że wyprowadzali ich pod ręce. Ale jedna sprawa to wyprowadzać pod ręce, inna zaś – bić gumowymi pałkami po żebrach, po twarzy. Rozpoznanie tych, którzy brali udział w “ewakuowaniu”, było niemożliwe – zakamuflowali się, założylii maski, twarzy nie widać, same potylice, ale też w kaskach. To znaczy, że niemożliwe jest rozpoznanie kogokolwiek …

Ustalono, że dwóch ekspertów-kryminologów z oddziałów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW) filmowało wszystko na taśmie wideo. Potwierdzono to i zawiadomiono, że taśmę oddano przedstawicielowi Administracji prezydenta. Oficjalnie zwróciliśmy się tam z zapytaniem. Najpierw udzielano nam wymijających odpowiedzi, ale wkońcu wydano taśmę - już na kasecie studyjnej. Nagranie tworzyły zmontowane epizody do momentu wyrzucenia deputowanych. Na wszystkie próby zdobycia oryginału kasety dostawaliśmy niedwuznaczną odpowiedź, iż wszystko, co było, już oddano… Gdybym widział tę taśmę, poszlibyśmy wtedy z tą sprawą do sądu. Ale ponieważ taśmy nie ma, nie ustalono niektórych grup (można tak je nazwać), biorących udział w wyrzuceniu, chociaż oczywiście uzyskaliśmy dane nieoficjalne.

W republikańskiej prokuraturze wówczas przynajmniej w jakimś stopniu broniono praworządności i porządku. Ale gdzieś na górze chyba uważali, że musimy natychmiast schwycić opozycyjnych deputowanych i wsadzić ich do więzienia, zarzucając im to, że obrażenia zadali sobie wzajemnie, ponadto pobili milicjantów.

…14 maja 1995 roku odbyło się referendum. Naród znowu poparł swego ulubieńca. We wszystkich pytaniach Łukaszeka otrzymał “za” oraz uzyskał prawo do rozwiązania parlamentu.

Tymczasem w państwie zanosiło się na nowy konflikt. W 1995 r. Sąd Konstytucyjny całkowicie lub częściowo odwołał 18 ustaw prezydenckich ponieważ nie były zgodne z głównym prawem państwa. Łukaszenka wydaje nieprawomocne rozporządzenie o bezwarunkowym wykonaniu odwołanych ustaw, skromnie zaznaczając – “taka sytuacja utrzyma się do momentu wprowadzenia zmian w ustawodawstwie”. Zmiany szykowano globalne.

8 sierpnia 1996 Łukaszenka oficjalnie zwrócił się do parlamentu z propozycją kolejnego referendum, tym razem dotyczącego zmian w Konstytucji.

W odpowiedzi na to przewodniczący siedmiu partii politycznych wydali odezwę do obywateli Białorusi “O społeczno-politycznej i społeczno-gospodarczej sytuacji w państwie” i zaproponowali deputowanym przystąpienie do zbierania podpisów w sprawie rozpoczęcia impeachmentu. Prezydium Rady Najwyższej przyjmuje specjalną odezwę do światowej społeczności.

Dzisiaj w Republice Białoruś pod pozorem przeprowadzenia referendum odbywa się zagarnięcie władzy i wprowadza się jawną dyktaturę… W centrum Europy realizuje się potworny eksperyment zmasowanego oddziaływania na świadomość i podświadomość ludzi poprzez zmonopolizowane przez A. Łukaszenkę środki masowego przekazu. Obywatele republiki są pozbawieni możliwości obiektywnego i świadomego wyboru. W istocie referendum staje się farsą… Zwracamy się do światowej wspólnoty, głów państw, przewodniczących parlamentów z prośbą o polityczne i moralne wsparcie dla parlamentu i narodu, który w ciągu ostatniego stulecia przeżył mnóstwo tragedii, stracił w światowych wojnach miliony swych synów i córek. Mamy prawo liczyć na to, że w Białorusi, w centrum Europy, nie powstanie dyktatorski reżim, nastawiony na likwidację instytucji parlamentaryzmu i demokracji.

31 lipca w państwowych gazetach ukazuje się prezydencki wariant zmian Konstytucji. Według niego Rada Najwyższa przekształca się w Narodowe Zebranie, składające się z Izby Przedstawicieli i Rady Republiki. Impeachment prezydentowi można wypowiedzieć tylko w przypadku zdrady stanu, przy czym konieczna jest do tego zgoda trzech czwartych senatu. Sąd Konstytucyjny przechodzi pod pełną kontrolę prezydenta. On z kolei uzyskuje prawo do mianowania generalnego prokuratora, sędziów, połowy członków Sądu Konstytucyjnego wraz z jego przewodniczącym, a także jednej trzeciej Wyższej Izby Narodowego Zebrania i tak dalej… Prezydent może rozwiązać i senat, i Izbę Przedstawicieli z różnych powodów, na przykład z powodu wypowiedzenia wotum nieufności parlamentu… Odliczenie pięcioletnich pełnomocnictw Łukaszenki zaczyna się od 1996 r., to znaczy, że prezydencka kadencja przedłuża się o dwa lata…

Rada Najwyższa przygotowuje alternatywny projekt Konstytucji, w którym wogóle likwiduje się instytucję prezydentury, a Białoruś staje się republiką parlamentarną.

Tymczasem między gałęziami władzy nie uciszają się debaty na temat tego, jaką moc będą miały wyniki referendum. Nareszcie Sąd Konstytucyjny przyznaje, że referendum w tak poważnych kwestiach nie może mieć charakteru decydującego, lecz tylko doradczy. Jednakże władze sprawiają wrażenia jakby wcale nic nie wiedziały o decyzji najwyższego sądu państwa.

9 listopada 1996 r. zaczyna się wstępne głosowanie dotyczące pytań referendum. 15 listopada natomiast wybucha nowy skandal – głowa państwa odsuwa ze stanowiska kierownika Centralnego Komitetu Wyborczego Wiktara Hanczara.

Sąd Konstytucyjny uznaje decyzję Łukaszenki za nieprawomocną, ale ten ostatni nie zwraca na to żadnej uwagi. Żołnierze wojsk wewnętrznych i oficerowie z ochrony prezydenta wydalają Hanczara z Komitetu.

Wstępne głosowanie w sprawie prezydenckiej Konstytucji rusza pełną parą. Nikt nie ma już żadnych wątpliwości, że podeptano wszystkie zasady prawne. Konstytucyjny Sąd Białorusi zaczyna procedurę dymisji głowy państwa.

W Mińsku wówczas odbywają się wielotysięczne manifestacje opozycji. Jedna z nich kończy się poważnymi starciami z milicją. Po raz pierwszy w ciągu ostatnich kilku lat na główny plac stolicy – plac Niepodległości wychodzą oddziały specjalne. Kluczowe obiekty zostają zajęte przez pojazdy opancerzone. Miasto przypomina obóz wojenny. Deputowani nocują w okrążonym przez milicję i wojska specjalne budynku parlamentu. Boją się stamtąd wyjść, rozumiejąc, że wrócić im już nie pozwolą.

Z Moskwy do Mińska pilnie wylatują “pokojowcy”: Czernomyrdin, Strojew, Sielezniow. Zaczął się targ. Długa noc negocjacji. Nad ranem ogłoszono, że prezydent zgadza się z doradczym charakterem referendum, deputowani zaś odwołują własne podpisy pod impeachment’em. Wiktor Stiepanowicz Czernomyrdin osobiście zaświadczył, że będzie tak, a nie inaczej. Ale…

Referendum odbyło się. Projekt “Konstytucji według Łukaszenki” cudem nie osiągnął słynnych stalinowskich 99,8%. W warunkach, w których przeprowadzano głosowanie, mogłoby być nawet 199%. Przejawiono zbytnią skromność. Wyniki referendum uznano za obowiązujące. Politolodzy określają to, co się odbyło, jako “przewrót państwowy”. Od tamtego czasu w Europie Łukaszenkę uważa się za nielegalnie sprawującego w³adzę prezydenta. Po 1996 nie złożył żadnej oficjalnej wizyty europejskiej (za wyjątkiem wizyty u Slobodana Miloszewicza w Jugosławii). Rosja natomiast nie wykazała żadnych wątpliwości co do pełnomocnictw pana Łukaszenki.

Obecnie w Białorusi przygotowuje się trzecie referendum o możliwości zaistnienia trzeciej prezydenckiej kadencji.

…Przypomnijmy sobie, że znany starszy szeregowiec Adolf Hitler pięć razy triumfalnie wygrywał referendum, ale się obrażał, gdy nazywano go dyktatorem…

…Na podstawie przyjaźni białorusko-rosyjskiej kwitł także biznes Rosjan. Były przewodniczący Narodowego Banku Białorusi Tamara Winnikawa twierdzi, że Białoruś to rezerwowe lotnisko nie tylko dla oligarchów rosyjskich, lecz także dla niektórych rosyjskich partii politycznych. Czerpią własne korzyści materialne, zespołowe i prywatne. Przypada im w udziale część zapożyczenia Białorusi w stosunku do Rosji. Kto z oligarchów rosyjskich zaczynał biznes od reeksportu samochodów? To Borys Bierezowski. Jego interesy dzisiaj skupiają się na Białoruskich Zakładach Metalurgicznych (BMZ). Kontrola BMZ-u przez Bierezowskiego za pośrednictwem Klemantowicza i spółki “EŁ Pietrolium” uważa się za udowodnioną. Przedtem BMZ-em kierowało faktycznie ugrupowanie orłowskie, szczególnie Jegor Strojew był w Mińsku częstym gościem. Naturalnie, był wielkim przyjacielem Łukaszenki i zwolennikiem białorusko-rosyjskiej integracji.

Główny obecny obrońca rosyjsko-białoruskiego związku to Pawał Baradzin. Redakcje wielu niezależnych gazet i instancji państwowych są zresztą zawalone listami od pracowników BMZ-u o tym, że w czasie gdy nie wypłacano pensji rzekomo 3 mln dolarów przekazano jako kaucję za oswobodzenie Baradzina z aresztu. Dzisiaj ludzie krzyczą: Zwróćcie nam nasze pieniądze!

Inni przyjaciele Białorusi też nie są bezinteresowni. Były kierownik skarbu prezydenckiego Iwan Ciciankow jednoznacznie twierdzi: Nie za samo dziękuję Sielezniow z całą drużyną wspiera Łukaszenkę. To wszystko się opłaca. W białoruskiej prasie pojawiały się nawet wiadomości o istnieniu t. zw. listy Sielezniowa – wykazu przedsiębiorstw, którymi spiker rosyjskiej Dumy jest szczególnie zainteresowany.

Co do Giennadija Ziuganowa, to nikt nie zaprzeczył oświadczenia nieboszczyka gen. Aleksandra Liebiedia o tym, że Łukaszeka finansuje kampanie wyborcze rosyjskiej partii komunistycznej. Ostatnio jednak zepsuły się stosunki Ziuganowa z oficjalnym Mińskiem. Być może, pan Giennadij obawia się, że Łukaszenka poluje na lidera narodowo-patriotycznego bloku Rosji.

Byli współpracownicy Łukaszenki przyznają, że pierwszy prezydent po dojściu do władzy nie miał nawet porządnej marynarki, jednak podczas prezydentury stał się nader bogatą osobą. Udzielmy głosu tym, którzy najlepiej znają białoruskiego lidera.

Iwan Ciciankow:

-- Nie liczyłem jego forsy, ale Łukaszenka nie jest osobą biedną. Można się zainteresować przynajmniej tym, gdzie się podziała część pieniędzy za broń, sprzedaną za granicę za zaniżone koszta? Kiedyś zadałem mu takie pytanie i usłyszałem odpowiedź: -- To nie twoja sprawa!

Były kierownik Administracji prezydenta, później wicepremier Leanid Sinicyn w ogóle nazywa Łukaszenkę najbogatszą osobą we Wspólnocie Państw Niepodległych.

-- Ale co z panem Romanem Abramowicziem, Władimirem Poganinem, Borisem Bieriezowskim, Remem Wiachiriewem i innymi?

-- Wysłuchajcie mnie do końca. Wszyscy, których wymieniliście, są właścicielami poważnych kapitałów. Mają bogactwo nie w gotówce, lecz w obrocie, w akcjach. Kapitał cały czas pracuje, chociaż oni bardzo ryzykują. U Łukaszenki sytuacja jest inna. Sprzedał broń za astronomiczne ceny. Chodzi o miliardy, właśnie o miliardy, a nie o miliony dolarów. Nie poszło to do budżetu. Nie poszło do gospodarki. Czasem “uszczknie” coś, na przykład na pałac lodowy czy da coś rządowi. Wielu wie o istnieniu jakiegoś depozytowego konta, z którego rząd od czasu do czasu dostaje pewne sumy. Co to za rachunek? Czemu przydziela się właśnie takie kwoty?.. Tu jest ogrom pytań…

To, że do skarbu państwa nie wpływają pieniądze z handlu bronią wielokrotnie potwierdzał deputowany narodowego parlamentu i minister finansów państwa Mikołaj Korbut. Przy tym niezmiennie twierdził, że nie wie, gdzie się znajdują “pieniądze z broni”. Były kierownik największego banku państwa Biełarusbanku, później kierownik Narodowego Banku Tamara Winnikawa, ukrywająca się obecnie w Wielkiej Brytanii, podkreśliła nawet, gdzie ich trzeba szukać:

-- Mylne jest wyobrażenie, że nasze społeczeństwo jest bardzo biedne, a państwo nie ma żadnych pieniędzy. Tylko jedna zrealizowana transakcja między fundacją Machmuda Esambajewa a firmą Torgekspo przyniosła 4,5 miliarda dolarów czystego zysku. Kiedy przyjmowałam bilans Sbierbanku, brakowało 85% waluty. Nie ma jej dotychczas. To znaczy, że są przeogromne pieniądze, ale znajdują się one na anonimowych zagranicznych kontach. W najgorszym przypadku robi się to poprzez podstawione firmy. Da się je wyśledzić na podstawie wojaży urzędników wyższej rangi -- przede wszystkim to San Marino, dokąd jeździ się najczęściej, Kuba, Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zwróćcie uwagę, że ani rząd Republiki Białoruś, ani Łukaszenka nie zaproponowali podpisania umowy z Ameryką, Anglią czy dajmy na to z Niemcami o tym, żeby w wypadku rozpoczęcia postępowania sądowego przedstawiły one wszystkie dane, dotyczące wpłat i kont. Dlaczego? Bo to się nie opłaca. Cała własność, wpłaty i konta są w podstawionych firmach.

-- W gazetach piszą, że pieniądze mogą się przechowywać w Peru czy nawet w Jugosławii.

-- Wiem, że w Jugosławii przed rozpoczęciem działań wojennych przechowywano ogromne oszczędności na kontach firm. Przechowywano osobiste pieniądze wielu urzędników. Ale miał miejsce wyjazd do Belgradu – osobistym samolotem prezydenta wyleciała duża grupa. Wywieziono całą gotówkę. Zakładam, że teraz gotówka przechowuje się w domowych sejfach.

-- Twierdzi pani, że część tych pieniędzy należy do Alaksandra Łukaszenki?

-- Powiedziałabym, że do zespołu Łukaszenki, ponieważ nigdy nie znajdziecie żadnego papieru z jego podpisem. Popatrzmy: dwie firmy przewoziły wódkę i otrzymały 4,5 miliarda dolarów zysku. Prezydent osobiście robił dla nich wyjątek, żeby nie płaciły do skarbu państwa. Przedłużył termin zapłaty, ale nic nie zapłacono po dziś dzień. Proszę mi powiedzieć: jeśli wie, że otrzymano zyski około 4,5 mld, to nie wie, kto je ma? I czy mógł ot tak sobie sprezentować je komuś i nie mieć z tym nic wspólnego? Ja w to nie wierzę…

-- A pieniądze ze sprzedaży broni?

-- Co do dozwolonego przez prawo handlu bronią na podstawie kontraktów, to pieniądze przechodzą teraz przez Biełarusbank i są odzwierciedlone na jego rachunkach. Nic natomiast nie stoi na przeszkodzie utworzeniu firmy, której w ogóle nie da się zobaczyć z Białorusi, zarejestrowanej gdzieś w Libii czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich – niemożliwe jest po prostu prześledzenie tego. W każdym bądź razie, jest to niemożliwe, dopóki władza znajduje się w rękach Łukaszenki. Naturalnie, jeśli odejdzie, wszystko się ujawni, bo dokumenty przecież istnieją: skąd i co ładowano, istnieją listy przewozowe. Wszystko wyjdzie na jaw, ale dzisiaj jest to prawie niemożliwe.

Handel bronią po białorusku to odrębny temat. Własnością pierestrojki stały się jak na razie urwane informacje, w których trudno jest odróżnić prawdę od fałszu. Niewątpliwe jest to, że po rozpadzie Związku Sowieckiego w Białorusi znalazły się ogromne arsenały wojenne – zasoby Zachodniego ugrupowania, których musiało starczyć na to, żeby w nadzwyczajnym przypadku zaopatrzyć państwa Układu Warszawskiego. Wyprzedawano wszystko z rozmachem. Jakiś czas Białoruś znajdowała się nawet na liście dziesięciu największych dostawców broni na świecie, lecz budżet państwa żadnych pieniędzy nie zobaczył. Nic dziwnego, że Łukaszenkę się określa jako najbogatszą osobę WNP, niezależni eksperci zaś twierdzą, że zacieniony budżet Białorusi przewyższa oficjalny…

Gra w głupka
albo
Kto pomógł Alaksandrowi Łukaszence utrzymać władzę?

Alaksander Łukaszenka został przypadkowo wybrany na prezydenta państwa. Większość analityków zgodnie podkreślała, że w przypadku zwycięstwa A. Łukaszenka nie będzie wiedział, co robić z niespodziewanie otrzymaną władzą. Ale pierwsze zmieszanie szybko minęło. Pieniądze i represje – oto najważniejsze składniki jego władzy.

Uruchomiono represyjną maszynę, która bez względu na pozorną prostotę miała dość skomplikowany mechanizm.

…W przeddzień Dnia republiki przez kraj przeszła trąba powietrzna, która przyniosła ogromne straty materialne, zabiła kilka osób. W każdym innym państwie w podobnej sytuacji ogłoszono by żałobę. Lecz nie w Białorusi.

…Kiedy w podziemnym przejściu stacji metro Niamiha zadusiły się 53 osoby, Łukaszenka uspokajał rodziców zmarłych: Każdy z was ma jedną bliznę na sercu, ja mam 53… I nie przyjął dymisji burmistrza Mińska, poczuwającego się do odpowiedzialności za tragedię.

…Pośród przedsiębiorców mińskich bazarów przeszła fala samobójstw, ponieważ nowe roporządzenia organów podatkowych po prostu prowadziły do ich bankructwa– Łukaszenka wciąż twierdził, że porządkuje bazary.

On jeździ do regionów, poszkodowanych na skutek awarii czarnobylskiej, i opowiada o tym, że na tych ziemiach da się mieszkać, uprawiać rolę, rodzić dzieci. Ale ochrona pilnie dba o to, żeby prezydent nie stanął nie daj Boże na nieasfaltowaną ziemię, a miejscowe władze dostają w prezencie drogie samochody, którymi prezydent przemieszcza się po skażonym terenie. Życie z okna prezydenckiego Mercedesa wygląda zupełnie inaczej. Wychodzi jak u Stalina – im bliżej pogodne jutro, tym więcej wrogów pojawia się u władzy. Pierwszymi ofiarami zazwyczaj stają się osoby z najbliższego otoczenia…

Tamara Winnikowa to kobieta urocza i kokietująca na co dzień, lecz ostra i zdradziecka w biznesie. To z jej imieniem związane są najostrzejsze sankcje dla banków białoruskich. Doprowadziła do bankructwa wielu pod hasłem walki z “szarą strefą gospodarczą”, zmusiła do opuszczenia państwa. Mówią, że prezydent obiecywał jej za to krzesło premiera.

Uważałam, że zaczynać tę pracę musiały struktury obronne, ponoszące odpowiedzialność za bezpieczeństwo państwowe. Ale trzeba znać charakter prezydenta…

Na reszcie odbyła się rozmowa, podczas której powiedziałam mu, że za taką pracę czeka na mnie albo więzienie albo śmierć. Obiecano mi wsparcie. Oprócz wzmocnienia ochrony omówiono jeszcze jedną, bardzo dla mnie ważną sprawę. Wiedziałam, że już nie jeden raz próbowano sfabrykować przeciwko mnie sprawę kryminalną. Wiedziałam, że dla wykonawców nie ma przeszkód. Z doświadczenia wiedziałam także o czymś innym – Łukaszenka zależy od tych, którzy stracą znaczne zyski, a dużo pomagali mu w kampanii wyborczej. Jego zdecydowanie, twardość podczas omawiania skomplikowanych zagadnień to w dużym stopniu maska. Tak naprawdę tego nie ma. Byłam oczywiście świadoma, że ochrona mnie nie uratuje. Prosiłam wtedy tylko o jedno – pozwolić mi być obecną podczas przekazania mu sfałszowanej sprawy, zobaczyć tych ludzi, mieć możliwość wypowiedzieć własnego zdania.

Twardo i płomiennie to obiecał. Wiadomo, że chodziło o moje życie i jego krzesło. W gruncie rzeczy odesłał mnie samą do walki w obronie tronu, a sam strzelił w plecy. Zdradził mnie już za miesiąc…

W styczniu 1997 roku T. Winnikowa wyjechała do Włoch aby odpocząć i zrobić badania medyczne. W Mińsku się przestraszono – a co, jeśli raptem nie wróci? Wyszukano, uspokojono. Winnikowa przyjechała z powrotem. Podczas audiencji u Metropolity Mińskiego i Słuckiego Filarety spotkały się Winnikowa i Łukaszenka. On całował ją po rękach i w obecności świadków zapewnił, że plotki o podejrzeniach w stosunku do jej osoby – to kłamstwo. Następnego dnia Tamara Winnikawa została aresztowana i dostarczone do śledczej izolatki KGB.

Cóż na to prezydent? Wytłumaczył, że aresztowano Winnikową dla jej dobra – powiadał, na bankierów polują jacyś straszni ludzie.

Śledztwo nie mogło uczynić jasnego zarzutu eks-przewodniczącej Banku Narodowego – przecież nie można na serio traktować zestawu rondli Zepter jako łapówki…

Bez względu na stan zdrowia Winnikowej, która potrzebowała pilnej operacji, byłego głównego bankiera nadal trzymano w izolatce. Spędziła dziewięć miesięcy w celi pojedynczej: W celi nie ma wody, nie ma węzła sanitarnego. Można było się myc tylko raz w tygodniu, dozorcy więzienni mówili: No, chodź, Tamara Dmitriejewna, będziemy Cię myli. U mnie się zaczął krwotok, musiałam się przebierać na oczach mężczyzn. Zwróciłam się do Łukaszenki z prośbą o zmianę środka prewencyjnego. Odmówił. Byłam skazana na umieranie w celi. Działania śledcze nie posuwały się wcale. Oczekiwali, że wszystko się skończy moją śmiercią naturalną w izolatce.

Doprowadzona do rozpaczy Winnikawa pisze list do jedynej osoby, na której pomoc mogła liczyć – do Iwana Ciciankowa. Niewiadomo, co ów powiedział swemu patronowi i czy w ogóle powiedział cokolwiek. Jednak pod duży zastaw pieniężny Winnikawą odpuszczono pod areszt domowy (białoruskie ustawodawstwo nie przewidywało wówczas podobnego kształtu stosunków ze znajdującym się pod śledztwem) …

- Łatwo jest mi teraz mówić, mam do tego pełne prawo moralne, ponieważ Łukaszenka mnie nie oszczędzał – tłumaczy Winnikawa – Pojedyncza cela, tortury, zakaz spotkań i nawet korespondowania z krewnymi. Nie pozwalano zostawać z prawnikiem sam na sam, ale – najważniejsze – przez dwa lata nie pozwalano zrobić pilnej operacji. On wiedział o wszystkim. Z drugiej strony, cały czas mnie męczy to, czy mówiąc źle o Łukaszence, nie urażam honoru zwykłych Białorusinów poczytujących go za swoje bożyszcze? Cały czas mnie to powstrzymuje.

Powstrzymuje Tamarę Winnikawą także to, że w Białorusi jako zakładnik pozostaje jej syn. Tuż po ukazaniu się pierwszego z nią wywiadu przeciwko jej synowi rozpoczęto sprawę kryminalną. Zarzut nie jest wymyślny – rozprowadzanie narkotyków… 

х х х

 

Inna historia dotyczy eks-premiera Michaiła Czyhira.

W przeddzień referendum 1996 roku Łukaszenka próbował nie dopuścić do dymisji Czyhira. Podobne działanie polityczne mogłoby kosztować władzę samego prezydenta. Do Czyhira przyjeżdżali, namawiali aby zapomniał o tym, co się stało, wrócił do zespołu Łukaszenki. Czyhir odmówił. Wtedy zaczęli się na nim mścić. Po mału. Najpierw pozbawiono premiera emerytury, później rozpoczęto sprawdzanie prawomocności budowy podmiejskiego domu…

Czyhir postanowił nie czekać na swoją “skrzynię gwoździ” i w 1999 r., kiedy skończyły się pełnomocnictwa Łukaszenki zgodnie z Konstytucja z 1994 roku, ogłosił swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich. Natychmiast go aresztowano. Spędził za kratami osiem miesięcy. Zarzucono mu przestępstwo gospodarcze: oto niby podczas pełnienia funkcji przewodniczącego Biełagroprombanku wydał firmie komercyjnej kredyt, który do banku nie wrócił. Cynizm sytuacji polega na tym, że zarzucony Czyhirowi kredyt wydano w ramach programu wsparcia kandydata na prezydenta Aleksandra Łukaszenki na rekomendację przedstawiciela Łukaszenki i na wskazaną firmę. Od razu podkreślił to adwokat ekspremiera i jego żona Julia Czyhir. Ponadto Michaił Czyhir wchodził do polityki ostrożnie, a więc niezawodnie się ubezpieczył i przewidział w umowie kredytowej mechanizm zwrotu pieniędzy.

Tym nie mniej sprawa sądowa miała miejsce i odbyła się bardzo szybko. W swoim końcowym słowie oskarżony mówił, że nie ma powodu dla okazywania skruchy, dlatego rezygnuje z wykorzystania końcowego słowa dla prośby o pobłażliwość. Absurdalność zarzutów jest na tyle widoczna, że nie widzę mniejszego sensu wykazywać swojej niewinność – podkreślił Michaił Czyhir i jeszcze raz potwierdził, że kryminalna sprawa przeciwko niemu ma charakter polityczny.

Przemówienie eks-bankiera i eks-premiera zabrzmiało nie jako końcowe słowo oskarżonego, lecz jako publiczny apel do zwolenników i prześladowców. Największym i najbardziej niewybaczalnym błędem nazwał Czyhir własne wejście do zespołu Łukaszenki. Nie byłem jego zwolennikiem i nie podzielałem wyobrażeń o rozwoju gospodarczym państwa. Wiedziałem, że przedwyborcze obietnice jego zespołu są niewykonalne. Rozumiałem, że doszedł do władzy za pomocą nagiego populizmu. Postanowiłem, że to wszystko zostanie w przeszłości, poddałem się nastrojom społeczeństwa, pragnącego zmian ku lepszemu – żałował były premier. Czyhir się przyznał, że w zamian za polityczne milczenie obiecywano mu pełną samodzielność gospodarczą. Ze zbrodniczą łatwością zgodziłem się na te propozycje – przyznawał się, usprawiedliwiając się tym, że spodziewał się zmienić system gospodarczego sterowania państwem i gwarantować Białorusinom życie, warte ich pracowitości. Prezydent jednak według M. Czyhira złamał swoją obietnicę nieingerencji w gospodarkę już w pierwszych miesiącach współpracy, i Czyhir odszedł. W wyniku tego zarzucono ekspremierowi przekroczenie pełnomocnictw służbowych i niedbalstwo, którego dopuścił się – w opinii sądu –podejmując decyzje gospodarcze. Wydano wyrok – trzy lata w zawieszeniu.

Czyhir nie kajał się za nic, nie prosił o łaskę. Postanowiono więc, że werdykt jest zbyt łagodny. Wszczęto przeciwko niemu nową sprawę kryminalną, a żeby do końca dobić polityka, który zaczął podnosić głowę, aresztowano jego syna. Padł wyrok – osiem lat pozbawienia wolności.

Dzisiaj w Białorusi niemożliwe jest prawie znalezienie znanego polityka, który kiedykolwiek krytykowałby Łukaszenkę, a nie odsiedział w więzieniu od 15 dni do kilku lat. Nie ma żadnej znanej osoby, która by w większym lub mniejszym stopniu nie ucierpiała przez władzę. Ludzi biją, szantażują, wrzucają do więzienia, znęcają się nad krewnymi, wydalają z państwa. To nie jest żadna przesada. To jest nowy białoruski porządek…

…Prostych ludzi Łukaszenka się nie wstydzi. Uczestniczkę marszu przeciwjądrowego Halinę Kuninową bili głową o asfalt. Głuchoniemego od narodzenia Liesuna wrzucili do więzienia za wykrzykiwanie przekleństw i haseł antyprezydenckich. Siarhieja Husaka wywlekli z łóżka, przebili czaszkę, wrzucili do więzienia i dopiero za tydzień zrozumieli, że to nie ten Husak. Ale jemu było już wszystko jedno bo on już nie żył. Tych ludzi Łukaszenka nawet nie wspomina.

х х х

 

Wiadomo, że prezydentowi Białorusi podoba się “przetrząsać” własny zespół. Mówią, że jest mściwy i podejrzliwy. W rzeczywistości musi zobaczyć upokorzenie osoby, ważnym dla niego jest otrzymanie materiałów kompromitujących najbliższe otoczenie na wysokich stanowiskach, ażeby człowiek nic nie znaczył poza zespołem.

…Minister obrony Leanid Malcau występował podczas jubileuszowej uroczystości w Mińskim Instytucie Medycznym. Łukaszence wydało się, że generał jest pijany. Natychmiast po zejściu Malcewa z trybuny ogłosił: Przed państwem występował były minister obrony… Minęło kilka lat i Malcau znowu stanął na czele białoruskiego resortu wojennego. Przeżyta hańba generała nie powstrzymała.

…Minister transportu Alaksandr Łukaszou w swym czasie był kolegą Łukaszenki w parlamencie. W odróżnieniu od swego szefa jednak nie zerwał stosunków z opozycyjnymi deputowanymi. Wtedy zaczęto “zapominać” o zaproszeniu go na ważne wydarzenia z udziałem prezydenta, “zapomniano” przedłużyć z nim kontrakt. Wreszcie Łukaszenka po rozpoczęciu drugiej kadencji poprosił Łukaszowa o wykonywanie obowiązków ministra, lecz “zapomniał” podpisać rozporządzenie o mianowaniu. W wyniku tego Łukaszowa usunięto ze stanowiska z “wilczym biletem” – nie mógł ani znaleźć pracy, ani otworzyć własnego biznesu. Alaksander Uladzimirawicz wyskoczył z okna.

Są także inne przykłady – Vasil Novikau, Dźmitry Bułachau, Piotr Krauczanka – to ludzie w niedalekiej przeszłości otwarcie spierający się z Łukaszenką. Przyznali się do swych błędów, pożałowali i dostali stanowiska dyplomatyczne. Wyrafinowana podstępność – to ona kieruje kierownikiem białoruskiego państwa w polityce kadrowej: poniżyć jednego (ministra przemysłu Alaksandra Kurenkowa publicznie odsunięto ze stanowiska podczas transmisji posiedzenia rządu), innego z kolei wywyższyć (Jahor Rybakou, chłopak o różowych policzkach z niedużej gazety mohylewskiej stoi na czele narodowe spółki teleradiowej)…

W elicie białoruskiej są tylko trzy osoby, których pozycje w ciągu tych lat niezmiennie krzepły. Ale prawda jest taka, że im wyżej one się wbiją, tym boleśniejszy będzie upadek. Walkę o przetrwanie rozpoczęły już między sobą…

Urał Łatypow jest przewodniczącym administracji prezydenckiej, podpułkownikiem KGB, specjalistą do spraw międzynarodowego terroryzmu. Jest obywatelem Białorusi rosyjskiego pochodzenia. Jego rodzina od niedawna mieszka w Rosji. Zaczął karierę z Łukaszenką jako pomocnik do spraw międzynarodowych. Został Ministrem Spraw Zagranicznych, wicepremierem. Później wbrew własnym życzeniom mianowano go kierownikiem Rady Bezpieczeństwa republiki. Zmusił Łukaszenkę do odwołania tej decyzji i został kierownikiem Administracji prezydenta. Jego przewrotności dotychczas nie oceniono według zasług. Cichy, niezauważalny, przymilny niby wąż dusiciel owija przeciwnika i nagle ostro dusi. A później miękko się uśmiecha i cicho tłumaczy, że to, widzisz, jego zmuszają tak żyć, a tak naprawdę w głębi duszy to on porządny i rzetelny człowiek. Uważa się, że Łatypow jest tą samą ręką Moskwy, za pomocą której kierownictwo rosyjskie steruje niepoczytalnym białoruskim liderem. Łukaszenkce ten fakt widocznie ciąży. Dlatego właśnie coraz więcej dokumentów omija Łatypowa, coraz częściej po prezydenckiej prawicy siadają inne osoby, coraz ostrzejsze staje się napięcie między nim a innym faworytem prezydenckim – Wiktarem Szejmanem.

Dla ucywilizowanego państwa Szejman jest zupełną nielogicznością – oto osoba niemająca wykształcenia prawniczego zostaje generalnym prokuratorem! Ale dla Białorusi podobne mianowanie jest zrozumiałe: tutaj kieruje nie prawo, lecz prezydent. Szejman zaś służy prezydentowi. Powiadają, że był taki okres, kiedy to stosunki między prezydentem a jego giermkiem się zepsuły. Wiktar Uładzimirawicz niby przysięgał wierność, twierdził, że na niego rzucili oszczerstwo i groził że się zastrzeli. Na emocjonalnym Alaksandrze Łukaszence zrobiło to wrażenie. Zaczął powierzać Szejmanowi najbardziej poufne sprawy. Szejman będąc kierownikiem Rady Bezpieczeństwa regularnie “ujawniał” spiski antyprezydenckie i “zapobiegał” zamachom na życie kierownika państwa. Po mianowaniu na generalnego prokuratora kontynuuje poszukiwanie wrogów i demaskuje “zorganizowany sprzeciw”. Niewątpliwie, ma materiały kompromitujące na wszystkich, w tym także na pierwszą osobę państwa.

Szejamana obawiają się wszyscy, nawet jedyny przyjaciel Łukaszenki Uładzimir Kanaplou, wicespiker Niższej Izby białoruskiego parlamentu. Tym nie mniej prezydent trzyma go na krótkiej smyczy. Łukaszenka i Kanaplow wychowali się, można powiedzieć, na jednym podwórku. Zamożna rodzina Kanaplowych nie jeden raz dożywiała pozbawionego ojca Saszkę, który wielokrotnie nocował w chacie swego przyjaciela Wowki. Zazdrościł mu jako bardziej urządzonemu i szczęśliwemu. Kiedy w ojczystym dla obydwóch Szkłowie Kanaplow uzyskał więcej głosów niż sam prezydent, Łukaszencie to się nie spodobało. Kiedy deputowani postanowili wyłonić Kanaplowa na stanowiska spikera, Łukaszenka tego nie poparł. Widocznie zazdrości dotychczas. Co prawda, żona Kanaplowa umiejętnie zaciera wszystkie spory między przyjaciółmi.

Łukaszenka w ogóle nie cierpi obok siebie samowystarczalnych jednostek, boi się rywalizacji. Dlatego rząd przy nim przekształcił się w pozbawione oblicza błoto, nie zdolne do podjęcia samodzielnych decyzji. Wszystkie ważne decyzje prezydent podejmuje samodzielnie, nawet jeśli chodzi o prywatyzację jakiegoś drobnego zakładu piwnego. Ma natomiast zawsze możliwość znaleźć winnych za braki i niedopracowania – milczący ministrowie są tuż pod ręką.

х х х

Interesująco jest obserwować prezydenta Białorusi. Postęp tego człowieka w pewnym znaczeniu jest fenomenalny. Niechlujny, pociesznie uczesany przed objęciem panowania wywoływał więcej sympatii niż dzisiaj, ubrany w drogie garnitury i krawaty. Łukaszenka oduczył się uśmiechać. Nawet w chwilach triumfu nie może ukryć zaniepokojenia. Milczy, patrzy w jeden punkt, nagle podnosi brew i – nieoczekiwanie ostre spojrzenie w bok. Cały czas poszukuje wrogów: pośród opozycji, dziennikarzy, w Rosji, w Ameryce… Najbliższe otocznie popiera teorię spisku, ponieważ zastraszony prezydent jest mniej adekwatny. Szczerze wierzy w to, że próbowano dokonać zamachu na jego życie, i to nie jeden raz. W Białorusi są nawet oskarżeni o próbę zorganizowania zabójstwa pierwszego białoruskiego prezydenta. Ich wina polega na wynajęciu mieszkania z oknami, z których widać, jak prezydent wyjeżdża z rezydencji w Drazdach. Na skutek tego, prezydencką Służbę bezpieczeństwa poszerzono do niesłychanych wymiarów o kilka tysięcy osób. One nie są sterowane – jeden z ochroniarzy prezydenckich zabił własnego ojca, inni urządzili strzelaninę w centrum Mińska, trzeciego z trudem wybielono od zarzutu porwania i zabicia ludzi… Są to tylko skandale, których nie udało się ukryć. Łukaszenka swej ochronie wybacza wszystko – przecież praca jest taka, nic dziwnego, że nerwy nie wytrzymują.

Trudne jest jednak do pojęcia to, skąd ochrona ma nadludzkie wysiłki w pracy? Prezydent w pracy już od dawna nie wypruwa sobie żył. Oto na przykład opowiada Iwan Ciciankow, który w ciągu kilku lat widywał się z Łukaszenką codziennie:

-- W pierwszym okresie dawało się zaobserwować jakąś gorliwość, ale potem prawie wszystkie 5 lat i 5 miesięcy, które spędziłem obok niego, pracował nie więcej niż trzy-cztery godziny na dobę. Przyjedzie, najpierw wysłucha raportów Służby bezpieczeństwa, potem się spotka z prasą, zawoła kogoś ze sprawozdaniem… Na tym praca się kończy, przykładowo o drugiej po południu. Potem jedzie do Drazdou, a tam – tenis, hokej.

Po odejściu Ciciankowa od władzy prezydent przestał grac w tenis, lecz zapalił się do piłki nożnej i nart. Latem nawet jeździ na rolkowych. Jednym słowem, czasu nie ma wiele. Można odnieść wrażenie, że w Białorusi nie jest już ciekawie, brakuje rozmachu – ani broni atomowej, ani łodzi podwodnych.

Rosja i Kreml oto główne marzenie białoruskiego prezydenta. Jeszcze do Kremla dojdziemy – mówił Leanid Sinicyn będąc kierownikiem Administracji prezydenckiej. Marzy mu się tylko Kreml – mówi Sinicyn dzisiaj.

х х х

 

W zasadzie to, co Łukaszenka wyprawia z Białorusią nazywa się politycznym sutenerstwem. Całe lata swego rządzenia handlował hurtowo i detalicznie suwerennością państwa. Inną kwestią jest fakt, że to nie jest osoba, która odstąpi chociażby troszeczkę własnej władzy, nawet jeśli chodzi o idee jednoczenia się narodów słowiańskich.

Dzisiaj jest już oczywiste, że związek białorusko-rosyjski to spekulacja polityczna na dużą skalę. Mit o białoruskich nacjonalistach, gotowych wysiedlić Rosjan to owoc państwowej profanacji ideologicznej. Białoruski Front Narodowy, którym oficjalny Mińsk umiejętnie straszy Moskwę to organizacja, której cały ekstremizm polega na obronie państwowej niepodległości oraz prawa Białorusinów do historycznej symboliki i własnego języka. Po rozpoczęciu kampanii zamknięcia szkół z językiem białoruskim, znęcaniu się nad flagą biało-czerwono-białą i godłem Pogoń – historycznymi symbolami Białorusi – Łukaszenka odrodził BNF do życia. Umiejętnie manipulując pojęciami, sprowokował radykalne nastroje niewielkiej części inteligencji, a później zaczął tym straszyć Moskwę – patrzcie, powiada, kto może przyjść zamiast mnie. Wtedy Łukaszenka chyba nie miał pretensji do Kremla. W 1996 r., w przeddzień pamiętnego referendum, raczej był pewien wsparcia Moskwy. Gdyby Czernomyrdin, Sielezniow i Strojew nie uczestniczyli wtedy w wydarzeniach, dzisiaj Białoruś mogłaby mieć innego prezydenta.

Rozkład analityków moskiewskich też jest zrozumiały. Borysowi Jelcynowi, inicjatorowi umów białowieskich, do wyboru na kolejną kadencję trzeba się pokazać w nowym świetle jako zbieraczowi ziem. W dodatku mityczne państwo związkowe daje możliwość okłamać czas i odliczać pełnomocnictwa prezydenckie od zera. Oto się spotkały interesy “białowieskiego żubra” i “szkłowskiego idola”. W wyniku, których 2 kwietnia 1996 r. Jelcyn i Łukaszenka podpisują dokumenty o utworzeniu Związku Białorusi i Rosji. Później zawierano umowy o utworzeniu Związku obojga państw, Państwa związkowego… Na placu soborowym Kremla, przy biciu dzwonów i fanfarów Łukaszenka jak świetny aktor, doskonale wyczuwający nastrój tłumu, wypija szampana i po malowniczym machnięciu ręką rzuca kieliszkiem o podłogę…

Nie ma dokładnych świadectw tego, że Alaksandrowi Łukaszence obiecywano stanowisko prezydenta Rosji. Są jednak pośrednie. Wiadomo przecież, że Jelcyn wielokrotnie nazywał kogoś swoim następcą, żeby potem odsunąć i zapomnieć. Tak też się stało z Alaksandrem Łukaszenką. W tym świetle mistycznie wygląda epizod podczas ceremonii podpisania umowy o utworzeniu państwa związkowego. Pamiętacie, Borys Jelcyn długo szukał ostatniej strony przemowy: Czyżby koniec? Kiedy szef protokołu pomógł uporać się z kartkami, Jelcyn w końcu zobaczył ostatnie zdanie: Jestem pewien, że nasze działania należycie ocenią potomni.

Wygląda na to, że to naprawdę był koniec. 

х х х

 

Był czas, kiedy Łukaszenka objeżdżał rosyjskie regiony jako gospodarz i nawet do Moskwy przyjeżdżał nauczać życia. Oto stenogram jego wystąpienia w państwowej Dumie rosyjskiej 27 października 1999 roku. Wtedy Łukaszenka odegrał głośny, aczkolwiek skuteczny spektakl.

Szanowny przewodniczący państwowej Dumy, szanowni towarzysze, panie i panowie! Niestety, panów chyba nie widzę. (ożywienie na sali, oklaski)

Sielezniow: Oni siedzą w gabinetach i z zainteresowaniem oglądają transmisję.

Łukaszenka: No, dobrze i tak. Tak też możemy się obcować.

Szanowni przyjaciele!

Znana wam jest przyczyna mej wizyty w Państwowej Dumie, wyższym organie ustawodawczym bratniej wielkiej Rosji… Tak, rzeczywiście, cokolwiek by się rzekło – od tej dużej trybuny zaczęło się wielkie życie w wielkiej polityce osoby, która stoi dzisiaj na tej trybunie. Wtedy będąc jeszcze zupełnie młodocianym przewodniczącym komisji antykorupcyjnej przyjechałem do was po to, aby opowiedzieć o sytuacji w naszym państwie. Mam nadzieję, że pamiętacie o tym: byłem absolutnie szczery i mówiłem o tym, co było w naszym kraju. Z taką samą pozycją, z takim samym podejściem przyjechałem dzisiaj, by przed wami wystąpić i opowiedzieć nie tylko o tym, co się dzieje w bratnim, mam nadzieję, bratnim dla Was państwie…

Jest to dla Was ostatnia sesja tej Państwowej Dumy, która dla mnie, dla białoruskiego narodu jest wielką Państwową Dumą, ani razu w ciągu ubiegłych czterech lat Wy, szanowni i drodzy deputowani, nie zdradziliście Białorusi… Jest to główna przyczyna mego przyjazdu tutaj, żeby z całego serca osobiście podziękować za obronę pierwszego prezydenta, za obronę narodu białoruskiego …

Przypomnę tym, którym nie wypada o tym wspominać, że natychmiast po przekonującym zwycięstwie w referendum 1996 roku nie zacząłem polowania na czarownice. Na nowo próbowałem uniknąć konfrontacji, starałem się nie odrzucić nawet tych, komu ludzie odmówili zaufania. Wówczas po prostu im powiedziałem: Nas rozsądził naród, pracujmy wspólnie! I tak się stało…

Oto, gdy w 1996 roku odbyło się referendum, w jednym z paragrafów zwycięskiej Konstytucji wyraźnie zapisano: dzisiaj zaczyna się odliczenie pełnomocnictw wszystkich wybieranych organów władzy. Skończyliśmy z kształtowaniem państwa. W taki sposób więc na półtora roku de facto przedłużono pełnomocnictwa wszystkim bez wyjątku – i Łukaszence, i parlamentowi, i wyższemu organowi ustawodawczemu, i miejscowym Radom, których nie rozpędziliśmy, i które nadal w pełni funkcjonują. O tym przecież nikt nie mówi, a mówią tak: Łukaszenka rozpędził parlament i przedłużył sobie pełnomocnictwa, Łukaszenka sprawuje nielegalnie stanowisko prezydenta…

Jesteśmy w stanie sami nakarmić własny naród, bez pokłonów zagranicznemu wujkowi. Tak, być może, nie wszystkie dziedziny przemysłu pracują wystarczająco efektywnie, lecz w Białorusi nie ma dzisiaj gospodarki kryminalnej. Nie ma i nigdy nie będzie. Przecież do czego doprowadził pan Jawlinskij? Białoruś jest “czarną dziurą” w gospodarce Rosji? “Czarną dziurą”? Jak to? Do 80% produkcji białoruskiej sprzedawano na waszym, rosyjskim rynku. Nie przydzielano, a właśnie sprzedawano Rosjanom…

No, czy nie można usiąść i pomyśleć o prostych rzeczach? Co, Łukaszenka nie ma innego wyjścia, nie może zawrócić państwa i pójść na Zachód? Jak wiele osób niedawno wyło po naszej naradzie w Mińsku, Giennadij Nikołajewicz, kiedy mówiłem o tym, że jesteśmy zmuszeni do ustalenia normalnych stosunków z Zachodem! Ponieważ, im bliżej jesteśmy Rosji, tym więcej dostajemy kopniaków. Im bliżej Was jesteśmy, na odległości wyciągniętej ręki, - podajemy Wam rękę (cytuję sam siebie, kiedy Wam o tym mówię), a nam rzucają w tę rękę kamień. No jak tak można?

Byliśmy zmuszeni przynajmniej uspokoić Zachód, bo presja jest po prostu okropna! Nie wyobrażacie sobie, znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Walą stamtąd, walą stąd! Walą we mnie, no dobra, rozumiem, wytrzymam, ale naród co ma do tego?!..

…Po co to robimy? Widzisz, konwersję urządzili. Dawaj, łam, dawaj, wszystko rabuj! Po co nam “Topole”, po co “SU-2” najnowsze? “SU-32” już chyba dziś produkujecie (wydaje mi się, widziałem jeden taki egzemplarz – najnowsza broń). Po co dzisiaj automaty, granatniki (niedawno z Kałasznikowym się spotkał), po co? Dawaj rondle, miedniczki będziemy robili czy to plastykowe, czy aluminiowe etc.!

I zaczęto produkować rondle. Ale co myślicie, oni zostali bez broni? Tam teraz nie nasza broń i nie nasza polityka…

Do jakiej hańby doszła Rosja! Niedawno przyjechał Bohater Pracy Socjalistycznej (nie będę ujawniał nazwiska), wypuszczający produkcję wojskową (WojskowoPrzemyslowyKompleks) z 800-procentową rentownością. 800% rentowności ma w realizacji! Aleksandr Grigoriewicz, pomóż sprzedać, tylko pan może pomóc, to tam, tam, tam. Mówię: To pan co, bezpośrednio nie może sprzedać? Tak – powiada – nie możemy.

To co robicie? I komu jest korzystne się kłaniać? Po co klęczycie na kolanach przed tymi krętaczami z MFW? Po co padliście przed nimi na kolana?!

(Oklaski)

trzymają was dzisiaj na haczyku z powodu 600 milionów, a jeden kompleks S-300 kosztuje 550 milionów. Sprzedajcie dwa! Sprzedajcie i rozstrzygnijcie te kwestie!

(Oklaski)

Niedawno byłem w Kaliningradzie (nie mogę o tym wspominać bez oburzenia). Spędziłem czas w portach, rozmawiałem z ludźmi, z robotnikami. Port przeznaczony na 6 mln ton przeładunku ma tylko 2,5 mln. Dokąd wieziecie swój towar? Do Łotwy? Łotwa jest bliższa od Kaliningradu? Po co to robicie?..

Byłem niedawno chyba w Nowosybirsku w jednym przedsiębiorstwie obronnym. Weszliśmy tam, gdzie robiono ostatni sputnik, sztuczny sputnik. I podeszła do mnie kobieta, która od półtora roku nie otrzymuje zarobku, i mówi: Prezydencie, my jeszcze wytrzymamy, ale bardzo prosimy, umówcie się z naszym prezydentem. Wstyd nam patrzeć na tę politykę poniżenia. Czy zasłużyliśmy na to, żeby o nas wycierano nogi? To ona, prosta kobieta ze śrubokrętem, robotnica podeszła do mnie i o tym mówi: co to za polityka? A my dzisiaj jeszcze się zastanawiamy, czy potrzebny jest ten Związek czy nie? A jak Amerykanie na to popatrzą, a jak zachodnioeuropejczycy?

Dzisiaj już Madlen Olbright krzyczy na cały świat: Co tam robicie wewnątrz Rosji? Czemu nie krzyczeli, jak wysadzano domy? Dzisiaj Iwanow chyba z Paryża dzwoni, usprawiedliwia się przed tą madame. Co Ty się przed nią usprawiedliwiasz? CoTy się usprawiedliwiasz?

(Oklaski. Replika z sali: Wydaje się, że jeszcze młoda. Łukaszenka: Jasne, że młoda, ale tam przecież pod dostatkiem zacnych mężczyzn, nie martwcie się. Na sali słyszy się śmiech, panuje ożywienie.)

Chcemy się z wami zjednoczyć nie po to, żeby żyć na łaskawym chlebie. Jesteśmy przecież politykami, wybrał nas naród po to, abyśmy dokonali czegoś wielkiego… I chcemy normalnie żyć razem z wami. I czemu to ja Was namawiam? Wyobraźcie sobie mapę Rosji. Mówmy otwarcie. Kraje Bałtyckie są Wasze? Nie. Ukraina jest Wasza? Nie. Azja Środkowa? Też nie. Gdzie mówicie jest dzisiaj ucywilizowany świat? Na Zachodzie. To przez kogo dzisiaj obcujecie z tym ucywilizowanym światem? Przez Białoruś…

I dalej w tym samym stylu – jedynym zbawieniem wszystkich, panaceum na wszelką biedę jest Związek. On po prostu szydził z narodowych wybrańców, prał mózgi, umiejętnie przeplatając zmyślenie i jawne bzdury z trzeźwymi odezwami i wielkopaństwowymi sentencjami.

Do białoruskiej części odczytu komentarze są zbędne. Ale w żadnym państwie świata nie znieśliby, gdyby prezydent innego państwa występując w organie ustawodawczym nakazywał, jak przewozić ładunki, do kogo powinien, a do kogo nie powinien dzwonić Minister Spraw Zagranicznych, z kim i jak handlować – populizm na granicy faula. Po takim przemówieniu przejezdnego gościa mogliby i wyrzucić. Czyżby on tego nie rozumiał? Rozumiał, oczywiście. Ryzykował jednak, bo widział cel.

Iwan Ciciankou, dobrze znając swojego byłego patrona i tajemnicę “mińskiego dworu”, mówi jednoznacznie: Łukaszenka nigdy nie był przyjacielem Rosji. Chciał stanąć na czele zjednoczonego państwa białorusko-rosyjskiego, dlatego przez jakiś czas nie wyłaził z rosyjskiej prowincji. Putin nawet jakoś go zapytał: Aleksander Grigoriewicz, czemu przestaliście jeździć po regionach? Ten nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Robił to wszystko, aby zastąpić Jelcyna w Kremlu… Łukaszenka stracił dar mowy, jak się dowiedział, że Putin został głową Rosji. Nawet nie od razu złożył mu gratulacje. Nigdy Putinowi nie wybaczy, chociaż prezydent Rosji wcale tego “przebaczenia” nie potrzebuje.

Jako ilustrację do tego, jak Łukaszenka dba o gospodarkę rosyjską, przytoczymy wypowiedź byłej przewodniczącej Banku Narodowego Tamary Winnikawej. To ona musiała formalnie spłacać białoruskie długi za dostarczoną rosyjską ropę naftową i gaz: Białoruś praktycznie nigdy nie płaciła na czas za resursy paliwowo-energetyczne. Płaciliśmy tylko wtedy, kiedy nie było już żadnego wyjścia. Cały czas byliśmy winni od 300 do 500 mln dolarów, a płaciliśmy, gdy już na prawdę przypierano nas do muru. Alaksander Łukaszenka odgrywał taki spektakl. Mówił podczas narad z kierownikami przedsiębiorstw z udziałem dziennikarzy etc., że będzie bardzo łajał Narodowy Bank i urzędników. Musicie słuchać, ale jak nie płaciliście, tak i nie płaćcie. Oligarchowie rosyjscy wywierają na niego presję – gdzie są pieniądze?! On obiecuje się rozliczyć. Następnego dnia zwołuje naradę i mówi do mnie: Nie będziesz płaciła: jak płaciliśmy 3 mln, tak i będziemy płacili. Wszystko jak z nut: Ale jak tak można, dowiedziałem się, że nie płacicie za resursy, a dług sięga 500 mln. Jak mogliście się tego dopuścić, przecież tam są ludzie. Dzisiaj, natychmiast zapłaćcie, żeby do końca roku rozliczenia zamknięto. Moje biuro znajduje się 5 minut od rezydencji prezydenta i kiedy wracałam do sekretariatu, już wszyscy ministrowie stali z papierami, z komórkami, z listami, dokąd trzeba płacić. Wchodziłam do gabinetu, oni się ustawiali w kolejce, wchodzili, siadali: Tamaro Dmitriejewna, są listy, trzeba płacić. Na co odpowiadałam: Ja płacić nie będę. Jak to? – nie pojmowali – Przecież Łukaszenka powiedział! Skoro Łukaszenka powiedział, to niech Łukaszenka płaci – odpowiadałam. Ponieważ te spektakle powtarzały się niejednokrotnie, to oligarchowie rosyjscy szybko się zorientowali, o co chodzi. Gaz niestety wyłączono. Wyłączono, stało się zimno, rząd się zaniepokoił i pojechał do Moskwy, do Gazpromu. Powieźli list Łukaszenki, że od jutra zaczynamy spłacać długi i do końca roku je likwidujemy. W Gazpromie odpowiadają: To jest śmietnik, wrzućcie ten list tutaj. Wyjeżdżajcie i przywieźcie list za podpisem przewodniczącej Banku Narodowego, bo widzimy, że państwem kieruje przewodnicząca, a nie prezydent. Zadzwonili do Łukaszenki i powiedzieli, że jego listu nie uznają, a chcą listu ode mnie. Zawieszono miecz nad moją głową. Zadzwonił i rozkazał, żebym napisała taki list. Powiedziałam, że listu nie napiszę i kłamać nie będę. Odparł: Ja kłamię – i ty kłam. Dosłownie za kilka dni mnie aresztowano, bo wytrzymać tego Łukasznka nie mógł.

х х х

…Na razie nie są znane wszystkie kombinacje, których dokonał Alaksander Łukaszenka w staraniach o tron rosyjski. Wiadomo, że w 1997 r., póki Jelcyn dochodził do siebie po operacji, białoruska strona przygotowała projekt umowy, wedle której pierwsze stanowisko w państwie białorusko-rosyjskim staje się wymiennym: przez dwa lata związkiem kieruje jeden prezydent, przez dwa kolejne – następny. Gdyby nie Czubajs, najprawdopodobniej Jelcyn by to podpisał. Ceremonię podpisania zatrzymano w ostatnim momencie. Z Mińska przyleciał Łukaszenka już z zawizowanym wariantem umowy. Na lotnisku białoruską delegację i witającego gości Jewgienija Primakowa poprowadzono w różne strony, ostatni arkusz umowy wyjęto i przepisano, wyrzuciwszy niebezpieczny punkt. Na ceremonii oficjalnego podpisania dokumentu na Łukaszenkę żal było patrzeć…

Po tym wydarzeniu Jelcyn odsunął ze stanowisk tych, którzy przygotowywali ów dokument ze strony rosyjskiej, na przykład swego pomocnika do spraw międzynarodowych Dmitrija Riurikowa… Ledwie się utrzymał na swym krześle Minister Spraw Zagranicznych Primakow, wielki zwolennik zjednoczenia się z Białorusią. Jak twierdzą naoczni świadkowie, Jelcyn nie zechciał po prostu wypuszczać Primakowa – dość silnego wówczas gracza – ze strefy własnej kontroli.

Oto jakie są wspomnienia z tamtego okresu pierwszego prezydenta Rosji w książce własnego autorstwa: Prezydencki maraton:

Rozporządzenie o przygotowaniu pełniejszej umowy integracyjnej wydano przez kierowników państw jeszcze na początku 1996 r. Na początku 1997 r. taka umowa naprawdę powstała. Przygotowała ją grupa na czele z wice premierem Walerijem Sierowym, odpowiadającym za pytania integracji w rządzie rosyjskim. Ze strony białoruskiej projekt umowy zawizowano przez Ministra Spraw Zagranicznych Michaiła Antanowicza i kierownika Administracji białoruskiego prezydenta Michaiła Miasnikowicza. Tekst umowy skierowano do obydwu prezydentów.

…Tutaj się wyjaśniło, że statut nowego związku całkiem nie odpowiada tym ideom, które poparłem w czasie omawiania koncepcji przyszłego związku. Był to nowy statut, sporządzony głownie przez dwóch członków KPFR (Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej): przewodniczącego Państwowej Dumy do spraw WNP G. Tichonowego i… przez samego Antanowicza, który przeniósł się do Mińska i zmienił obywatelstwo. Musiało kogoś zaniepokoić to, że Minister Spraw Zagranicznych jest jednocześnie bardzo aktywnym członkiem rosyjskiej partii komunistycznej. Ale nie zaniepokoiło. Na próżno. To, co wymyślono, oznaczało w gruncie rzeczy jedno – Rosja traciła suwerenność. W wyniku czego powstawało nowe państwo, z nowym parlamentem, nową władzą wykonawczą, t. zw. Wyższą Radą Związku. Postanowienia tego organu są obowiązkowymi dla prezydenta Rosji, rządu, wszystkich rosyjskich organów wykonawczych.

W przygotowanym statucie wyglądało to tak: Postanowienia Najwyższej Rady Związku są obowiązkowe dla organów władzy wykonawczej wszystkich państw uczestniczących. Mówiło się, że funkcję kierownika Rady Najwyższej nowej federacji po kolei muszą pełnić prezydenci Białorusi i Rosji – przez dwa pierwsze lata jeden, przez dwa kolejne drugi. Więc przez dwa lata Federacją Rosyjską miał kierować prezydent Białorusi Łukaszenka.

O parlamencie mówiło się następująco: “Państwa uczestniczące stwarzają warunki dla przekształcenia się Zebrania Parlamentarnego w reprezentacyjny i ustawodawczy organ Związku, wybierany bezpośrednio przez obywateli Związku”. Twierdzenie o równym przedstawicielstwie w parlamencie federacyjnym też wprawiało w zamieszanie – po trzydzieści osób jak z jednej tak i drugiej strony. Rosję zamieszkuje sto pięćdziesiąt milionów, Białoruś zaś – dziesięć…

…21 maja w Kremlu odbyło się uroczyste podpisanie nowej umowy między Rosją a Białorusią. Prezydent Łukaszenka wyglądał blado, lecz spokojnie.

Potęga Borysa Jelcyna jako polityka polega na tym, że potrafił wyodrębnić zasadniczo ważny lub niebezpieczny znak w ogólnej sytuacji politycznej i powziąć być może nie dobrą lecz stanowczą decyzję. Dla sprawiedliwości przypomnijmy, że w przypadku umowy białorusko-rosyjskiej głównymi burzycielami porządku byli Anatolij Czubajs i córka prezydenta Tatiana Diaczenko, którzy przewidzieli niebezpieczne i dobrze zamaskowane posunięcie prezydenta Białorusi…

Trzeba nie znać prezydenta Białorusi , żeby myśleć, że się podda bez walki. Łukaszenka mówiąc o przyjaźni może do woli eksploatować Moskwę. Nawet nie o pieniądze chodzi, bo o to już może się nie martwić. Zależy mu przede wszystkim na władzy. Wymyślił więc nowy sposób podboju Kremla.

-- W Państwie Związkowym muszą być dwa stanowiska – prezydenta i wice prezydenta. – oznajmił oficjalny Mińsk i przedstawił projekt odpowiedniego porozumienia. Oczywiście, Łukaszenka wykazał chęć bycia “wice”, ale czasowo, do wyborów prezydenta Rosji. Putin na to wystąpił z propozycją oddzielenia much od kotletów i zdecydowanie zapewnił, że żadnego wice prezydenta w Rosji nie będzie.

W Mińsku wybuchły nastroje antyrosyjskie: jak prezydent, tak i państwowe mass media z pianą na ustach opowiadali o tym, jak strasznym państwem jest Rosja. Potem się opamiętali, gdy przypomnieli sobie, że według białoruskiej Konstytucji drugi termin prezydencki jest ostatni, a bez pomocy Moskwy referendum o trzecim terminie nie da się przeprowadzić. Ale dla referendum potrzebna jest też przyczyna. Czemu nie referendum o Państwie Związkowym? Białoruś głosuje na “tak” i Łukaszenka w najlepszym wypadku może wystawiać własną kandydaturę na prezydenta Rosji, a w najgorszym, będzie w nowej republice np. Związkowej Republice Białoruś nowym prezydentem. Bardzo by się chciało powiedzieć, że Putin w takie gry nie gra, lecz na razie nie ma ku temu podstaw. Ze strony Rosji zawsze w stosunku do Białorusi istniało podwyższone zainteresowanie, podgrzewane przede wszystkim wojennym lobby. Buferowa strefa między Rosją z NATO, podporządkowana rosyjskim instytucjom obronnym, -- dla tego celu nawet najbardziej postępowi generałowie gotowi są pogodzić się z istnieniem Alaksandra Łukaszenki. W Białorusi tworzy się wspólne ugrupowania wojenne, wojska obrony przeciwlotniczej razem dyżurują, nareszcie granica w okolicach Brześcia jak za czasów ZSRR zaczyna być dobrze strzeżona. Właśnie to, a nie wielka nostalgia bratnich narodów za Związkiem Sowieckim popycha do ubiegania się o względy Łukaszenki.

Nawet najbardziej postępowi generałowie rosyjscy mogą się pogodzić z rządami Alaksandra Łukaszenki, byle by istniała strefa buforowa między Rosją a NATO, znajdująca się pod kontrolą rosyjskich instytucji obronnych. W Białorusi tworzone są wspólne ugrupowania wojenne, razem dyżurują wojska obrony przeciwlotniczej. W końcu, granica w okolicach Brześcia, jak za czasów ZSRR, zaczyna być starannie strzeżona. Właśnie to, a nie wielka nostalgia bratnich narodów za Związkiem Radzieckim popycha do ubiegania się o względy Łukaszenki. Krzyżuje się to z interesami politycznymi i gospodarczymi. “Najbliższy sojusznik Rosji” ma wszystkie szanse powtórzyć los Slobodana Miloszevicza lub Saddama Hussajna. Po co Rosji zaostrzać stosunki z Zachodem? Od Łukaszenki chce tylko uzyskać prawo do kontroli “wielkiego tranzytu” – rurociągu gazowego i ropowego. Tego “zasóbu strategicznego” białoruski lider na razie nie oddaje, ponieważ gwarantuje to nie tylko jego osobiste bezpieczeństwo, lecz jest także ostatnią nadzieją na wprowadzenie w życie najskrytszego marzenia o Kremlu. Teraz potrzebuje tylko trochę – trzeciej prezydenckiej kadencji w Białorusi i wyjścia do wyborcy rosyjskiego. Jeżeli Łukazenka uzyska możliwość kandydowania w Rosji, jest pewien, że wejdzie na Kreml. W rosyjskich prowincjach (przecież Rosja to nie tylko Moskwa i Petersburg) niewątpliwie znajdzie wdzięcznego słuchacza. Już znalazł: w obwodzie briańskim zbierano nawet podpisy za dołączenie się do Białorusi.

Dopiero teraz Zachód zmartwił się sytuacją w Białorusi – wcześniej miał na głowie inne kłopoty. Po rozpadzie Związku Sowieckiego interesy światowych liderów skupiały się na regionach z ropą, gazem, złotem… A co do tego Białoruś?.. Nie będziesz się spierać z powodu światowych zasobów torfu. Najważniejsze dla Zachodu było wycofanie z tego terytorium broni jądrowej. Wycofano i na tym poprzestano. Łukaszenka zaś znalazł inną możliwość przypomnienia o sobie.

Liczymy teraz wszystkie rany
albo
dlaczego Łukaszenka walczy z dziennikarzami?
(dziennik więzienny Pawła Szaramieta)

 Aleksander Łukaszenka to prawdziwy prezent dla dziennikarza: i rajd narciarki na asfalcie urządzi, i publiczną chłostę swoich urzędników zorganizuje, i popłacze się, jeżeli trzeba, a może nawet i się rozczulić… Tym nie mniej konsekwentną, zorganizowaną, najbardziej silną opozycją wobec pierwszego prezydenta Białorusi w ciągu tych wszystkich lat była właśnie brać pisząca. W kraju wystąpił paradoks: żadna partia, żaden najbardziej charyzmatyczny polityk nie ma takiego rankingu zaufania, jak niezależne mass media. Łukaszenka więc wypowiedział im wojnę.

Wobec dziennikarzy pierwszy białoruski prezydent nigdy nie był obojętny: wszystkich znał z imienia, znał nawet biografie, dlatego przy okazji mógł powiedzieć mniej więcej w taki sposób: Wasia, twój artykuł jest na dobry temat, ja się zorientuję co do czego. Wasia niknął w oczach…

Na początku nowa władza próbowała kupić dziennikarzy: mieszkania w Mińsku, hojne delegacyjne osobiście od kierownika ds. prezydenta, szczególnie wyróżnionym – pensja w kopercie… Jak wielkie było zdziwienie nowej władzy, kiedy się okazało, że nie można wszystkiego kupić…

Niepodlegających kontroli zaczęto likwidować. Jedyna społeczno-polityczna radiostacja została zamknięta, jedyny pełnowartościowy kanał telewizyjny jest kanałem państwowym, niezależna prasa jest wciągnięta w ciągłą walkę za życie. Szansy na zwycięstwo w tym surowym, wykańczającym maratonie przez pozostałe dwie, trzy gazety jest coraz mniej. “Wewnątrzbiałoruskie” problemy są powolne i niewidoczne: kto będzie chciał robić porządki w sprawie zamknięcia jednej z gazet lub osądzenia jej redaktora naczelnego?! Pewnego razu jednak stosunki Łukaszenki z mass mediami zdobyły znaczenie pozapaństwowe i nabrały charakter dużego skandalu międzynarodowego.

Sytuacja zaczęła się rozpalać wiosną - latem 1997 roku. Łukaszenka właśnie przeżywał moment zaostrzenia się cesarskich zapędów i opracowywania planu “wyprawy na Moskwę”. Władze białoruskie postanowili wziąć pod kontrolę rosyjskich dziennikarzy pracujących w kraju. Pierwszego wzięli w obroty korespondenta NTW Alaksandra Stupnikowa. Jest on obywatelem Izraelu, ma żonę Białorusinkę i pięć córek. Wszyscy bez żadnych zahamowań pod wymyślonym pretekstem zostali wydaleni z Białorusi w ciągu 24 godzin…

… 26 sierpnia 1999 roku

W Stołbcach został aresztowany student Białoruskiego Państwowego Uniwersytetu (BPU) Alaksiej Szydłowski. Na początku sierpnia grupa młodych aktywistów Białoruskiego Frontu Ludowego wypisała na kilku budynkach w mieście antyłukaszenkowskie hasła typu “Żyje Białoruś!” Wypadkowo, jednego z nich, Aljeksjeja zobaczył znajomy, który zawiadomił milicję. Następnego dnia aresztowano jeszcze jednego “młodofrontowca”, ucznia szkoły średniej Wadzima Łabkowicza. W stosunku do nich prowadzono śledztwo, a podejrzani znajdowali się przez sześć miesięcy w izolatce w mieście Żodzina. Ostatecznie Szydłowskiego skazano na półtora roku pozbawienia wolności, karęodbywał w zakładzie poprawczym o zaostrzonym rygorze, Łabkowiczowa skazano również na półtora roku w zawieszeniu wykonania kary na dwa lata. Chłopcy trzymali się dzielnie i “spisek młodzieżowej frakcji BNF” nie udał się.

 
Szwadrony śmierci
albo
czy istnieją ucywilizowani dyktatorzy?

Alaksander Łukaszenka został prezydentem w 1994 roku, a więc jego kadencja miała się skończyć za 5 lat, czyli w roku 1999. Lata 1998-1999 - były dla Białorusi strasznymi latami. Leonow jest w więzieniu, Winnikowa pozostaje pod aresztem domowym, w stosunku do Czyhira rozpoczęto postępowanie karne. Pierwszą rolę wśród opozycji zaczyna odgrywać Hienadź Dzmitryjewicz Karpienka, który jest członkiem Akademii Nauk, byłym merem miasta Maładzieczna, wicemarszałkiem Rady Naczelnej. Karpienka jest osobą szczególną wśród opozycji białoruskiej. Wcześniej składała się ona z nacjonalistów – Białoruskiego Frontu Ludowego. Jak się później okazało, polityka obecnego prezydenta nie jest wspierana również przez osoby godne szacunku i zajmujące ważne stanowiska.

Łukaszenka nieraz próbował przyciągnąć Karpienkę na swoją stronę, wysyłał posłańców, proponował różne stanowiska, nawet krzesło premiera. Hienadź Dzmitryjewicz stale odmawiał. Mówił: Pasuje mi tylko jedno stanowisko – prezydenta.

Karpienka wcale nie należał do pięknoduchów. Jedynie on mógł przypomnieć “wielkiemu strategowi” butle bimbru, które tamten woził do Mińska ze swojego ojczystego Szałowa, ściągnąć z trybuny naczelnego prezydenckiego ideologa lub spoliczkować na przyjęciu w ambasadzie zbyt bezczelnego prezydenckiego posłańca. Nie będziemy udawać, że gramy z nimi w szachy, jeżeli biją nas deską po głowie – przekonywał Karpienka. Grać w szachy umiał również. Zachód poważnie stawiał na Karpienka, który wówczas przygotowywał się do spotkania z Madlen Olbrajt. Na szczyt w Warszawie zostali zaproszone głowy państw i Rządów państw OBWE, z Białorusi natomiast przyjechali tylko Minister spraw zagranicznych Urał Łatypow i wicemarszałek rozpędzonej Rady Naczelnej Hienadź Karpienka.

Spotkanie ze światowymi liderami jednak się nie odbyło. Olbrzymi, wesoły, zdrowy Karpienka w małoznanym towarzystwie napił się kawy … W wyniku czego doznał udaru. Uratować go mogła jedynie natychmiastowa operacja. Niepowracający do przytomności Karpienka przez kilka godzin był wożony od szpitala do szpitala, w całym Mińsku dopiero następnego dnia znalazł się lekarz zdolny zrobić operację. Bylo już jednak za późno. Karpienka umarł.

Na pogrzeb przyjeżdżają ludzie w cywilu i szukają… Tamary Winnikowej. Jak się okazuje, niedługo przed śmiercią Karpienka odwiedził Winnikową. Były główny bankier państwa przekazuje liderowi opozycji jakieś dokumenty. Krewni Karpienka mówią, że w dniu śmierci Hienadzia ktoś się włamał do ich mieszkania. W dniu pogrzebu szukano Winnikowej, ponieważ dowiedziawszy się o nagłej śmierci Karpienki uciekła spod aresztu domowego. Zadziwiające jest to, w jaki sposób już niemłoda i chora kobieta mogła się wymknąć spod nadzoru dwóch milicjantów, pilnujących jej dniem i nocą. Być może również jest martwa?

Mińsk jest zszokowany.

Łukaszenka próbuje się usprawiedliwić. Wygłasza przemówienie i składa kondolencje rodzinie Karpienki tłumacząc, że wysłał swoich ludzi dla pomocy w organizacji pogrzebu, że dał pieniądze na pogrzeb, ponieważ chować Karpienkę nie było za co… Wirnikowa wkrótce się zjawi – uspokajał prezydent szeroką publiczność.

Potworne kłamstwo – oświadczy małżonka Hienadzia Ludmiła Karpienka, kiedy się dowie o “szerokiej szczodrości” Pana Łukaszenki i wystąpi z gniewną odpowiedzią wobec głowy państwa. Kiedy umrze ścigany przez władze znany pisarz Wasil Bykau, prezydent powiadomi, że osobiście pomógł rozwiązać wszystkie problemy i zaspokoił wszystkie potrzeby zmarłego. Czy należy udowadniać, że to również było czystym kłamstwem? Łukaszenka mówi: Wychowałem się na wierszach Bykowa. Rozumni i wykształceni ludzie zaczynają gorączkowo przypominać, czy Bykow w ogóle kiedyś pisał wiersze.

Winnikowa natomiast naprawdę się zjawi. W Londynie. Dotychczas nie ujawniła ona tajemnicy swojej ucieczki z aresztu, lecz bez wątpienia zrobione to było za pozwoleniem władz: